Niebo mnie urzeka- w każdym wymiarze...
A słońce na przedwiośniu gra niesamowite spektakle.
Przedwiośnie, moja niezwykła pora roku będzie otulona woalem wspomnień dopóki pamięć nie zacznie zawodzić...Pocieszam się myślą, że stare sprawy pamięta się najlepiej, może to ze względu na wiek ich przechowywania i sterylne warunki jakich im dostarczamy...
Fotografia rozpoczynająca mój dzisiejszy post mogłaby na pierwszy rzut oka wprowadzić widza w błędne rozważania. Tylko wybrani dostają światło- tu, brzoza, która może być alegorią codziennych spraw. Często uciekamy się do szybkich i pochopnych osądów, których konsekwencje bywają bolesne. Tymczasem wystarczy pomyśleć, popatrzeć uważniej.
Każdy, kto pragnie światła i wytrwale unosi głowę w jego kierunku też je otrzyma, może w innym czasie, może w innej ilości, ale na pewno otrzyma.
Nawet te czarne konary drzew są już muśnięte promieniami słońca.
A, że brzoza dostała w owym dniu najwięcej...widocznie tego potrzebowała...
Z potrzeby mojego serca powstał ten Anioł, który powędrował do młodej Dziewczyny, mojej byłej Uczennicy, która przez wiele lat hodowała w swoim sercu wdzięczność za okazany przed laty ( w jej odczuciu) gest życzliwości.
Po latach, już jako dorosła Osoba zrobiła mi niezwykle miłą niespodziankę urodzinową.
Byłam niezmiernie zaskoczona tym faktem i postanowiłam, że dobre wspomnienia trzeba pielęgnować w czym ma pomóc ten Anioł.
Wiosny jeszcze u nas nie widać, ale na bzy już wszyscy czekają...
Stokrotki, które licznie zasiedlają nasze podwórko, nazwałam kwiatami roku, bo kwitną nam nawet w zimie!
I one potrafią wykorzystać światło przedwiośnia.
W moim cyklu pamiątek, dziś wspomnienie czasów, które odeszły wraz z postępem i nowoczesnością. Nie ma już tego domu, nie ma " nowoczesnej gospodyni", nie ma Mamy sprzedającej odzieżowe produkty w zastępczym domu wynajętym na czas remontu właściwego sklepu, nie ma p. Hani i jej pieska, nie ma p. Zyty i wielu innych osób, które tego dnia tam przychodziły.
W nieistniejącym już dziś domku ( jego miejsce zastąpił murowany) miała swoją siedzibę " nowoczesna gospodyni". Tę małą instytucję istniejącą w czasach głębokiej komuny, prowadziła p. Marysia. Do jej głównych zadań należało wypożyczanie zastawy stołowej i sprzętu gospodarczego na potrzeby wesel i innych uroczystości rodzinnych. Nie dość, ze p. Marysia była młoda i sympatyczna, to na dodatek w każdy wtorek, po zwrocie naczyń otrzymywała weselne ciasto.
Dlatego miała stałego kilkuletniego gościa w mojej osobie, jako, że Mama w letnie dni zabierała mnie na bagażnik wysłużonej " damki" i pozwalała mi poznawać Olesno, które w porównaniu z moją wioską, było metropolią! Kosztowałam zatem weselnego ciasta nader często i ta miłość nadal we mnie pozostała!!!
Jaki ono miało smak! Pieczone przez wiejskie kucharki, bez wzmacniaczy i udziwnień, proste, w oparciu o przepisy ze starych zeszytów, było po prostu pyszne.
Byłyśmy bardzo " zaprzyjaźnione" z p. Marysią. Nie wiem jak ona się aktualnie nazywa i gdzie mieszka, bo chętnie bym ją odwiedziła.
Pozostała fotografia, niekompletny serwis kawowy, kilka talerzy z tamtych lat...i jeszcze...tęsknota.
Światło przedwiośnia gra własny koncert niosąc przesłanie, że trzeba się cieszyć każdą chwilą, gdy jest z nami.
Zimne jeszcze wieczory można " zacieplić" książką. Kolejne tytuły D. Gąsiorowskiej zauroczyły mnie całkowicie.
Wracając do światła...możemy uczyć się od drzew, że warto piąć się ku Niebu.
Dobrego światła Wam życzę, w takiej ilości, jaka komu aktualnie potrzebna.
sobota, 29 lutego 2020
poniedziałek, 24 lutego 2020
Pamiątki wyjątkowej wartości.
Jak Wam wiadomo, do szkoły trafiłam niemalże " z łapanki" i miałam tam pobyć tylko rok.
Tymczasem nieprzewidywalne życie sprawiło, że szkołę pokochałam i jeden rok zamienił się w 35 lat. Początki mojej pracy sięgają czasów, gdy sprawdziany pisałam przez kalkę techniczną, a że klasa liczyła ponad 20 uczniów, trzeba było tekst i rysunki przepisywać średnio sześciokrotnie.
Moja szefowa, zaraz na starcie przydzieliła mi wychowawstwo w ( jej zdaniem) najtrudniejszej klasie- szóstej. Rychło okazało się, że znaleźliśmy wspólny język i nasza współpraca ułożyła się wzorowo. Gdy moi Uczniowie opuszczali szkolne mury na zawsze, ja przeżywałam jeszcze spotkanie z Janem Pawłem II na tarnowskich błoniach, podczas których, 10 czerwca 1987 roku, wyniósł do chwały błogosławionych córkę naszej ziemi- Karolinę Kózkównę, a pod sercem nosiłam mojego drugiego Syna. Miałam wówczas 26 lat, ogromny zapał do pracy, a spotkanie z Papieżem Polakiem umocniło mnie jeszcze bardziej.
Nic dziwnego, że laurka, którą prezentuję z prawej strony, wywołała w moim sercu ogromną radość.
To byli pierwsi moi Wychowankowie- wspaniała młodzież.
Do dziś z wielkim sentymentem wspominam tamten czerwiec pełen szczęśliwych dla mnie wydarzeń.
Z lewej strony zdjęcia, równie ważny "order pyzatej gęby" przyznany na polu przysparzania radości:-)
A jeśli mowa o radości, to przypomniało mi się nietypowe wydarzenie.
Tuż po wejściu na lekcję matematyki w klasie ósmej, a była to pierwsza lekcja, pomyślałam, że odrobina pozytywnego szaleństwa nie zaszkodzi i nagrodzę w ten wiosenny dzień osobę, która się najpiękniej uśmiechnie.
Przy samych drzwiach siedziała Agnieszka, do dziś pamiętam jej szczery, radosny uśmiech na powitanie. Matematyka nie była jej ulubionym przedmiotem, ale tego dnia zadałam jej takie pytanie, że byłam pewna, iż odpowie bezbłędnie. Tak się stało i została nagrodzona oceną bardzo dobrą, a jej radość była ogromna.
Niebawem jej dzieci będą kończyć naukę w szkole podstawowej, a ona być może, nie pamięta tamtego zdarzenia, a na pewno nie zna genezy tej oceny:-)
Dobrze, że w życiu trafiają nam się takie miłe chwile, które na długo zapadają w pamięć.
Do miłych chwil, każdego roku zaliczam czas kwitnienia bzów, a teraz w oczekiwaniu na " bzowy spektakl" namalowałam taki " bzowy" obraz.
Dziękuję również za kolejne urodzinowe życzenia nadesłane w różnych formach, a tutaj w sposób szczególny Karolince https://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/ i Lence http://zaciszelenki.blogspot.com/
Jestem ogromnie zapracowana, ale każdy piękny widok jest w stanie mnie zatrzymać.
Tę drogę wiodącą z Gorzyc do Otfinowa, pokonywałam w swoim życiu wielokrotnie, ale o tym bedzie przy okazji innych wspomnień...
Być może, na kolejny post nie każę Wam długo czekać...
Tymczasem nieprzewidywalne życie sprawiło, że szkołę pokochałam i jeden rok zamienił się w 35 lat. Początki mojej pracy sięgają czasów, gdy sprawdziany pisałam przez kalkę techniczną, a że klasa liczyła ponad 20 uczniów, trzeba było tekst i rysunki przepisywać średnio sześciokrotnie.
Moja szefowa, zaraz na starcie przydzieliła mi wychowawstwo w ( jej zdaniem) najtrudniejszej klasie- szóstej. Rychło okazało się, że znaleźliśmy wspólny język i nasza współpraca ułożyła się wzorowo. Gdy moi Uczniowie opuszczali szkolne mury na zawsze, ja przeżywałam jeszcze spotkanie z Janem Pawłem II na tarnowskich błoniach, podczas których, 10 czerwca 1987 roku, wyniósł do chwały błogosławionych córkę naszej ziemi- Karolinę Kózkównę, a pod sercem nosiłam mojego drugiego Syna. Miałam wówczas 26 lat, ogromny zapał do pracy, a spotkanie z Papieżem Polakiem umocniło mnie jeszcze bardziej.
Nic dziwnego, że laurka, którą prezentuję z prawej strony, wywołała w moim sercu ogromną radość.
To byli pierwsi moi Wychowankowie- wspaniała młodzież.
Do dziś z wielkim sentymentem wspominam tamten czerwiec pełen szczęśliwych dla mnie wydarzeń.
Z lewej strony zdjęcia, równie ważny "order pyzatej gęby" przyznany na polu przysparzania radości:-)
A jeśli mowa o radości, to przypomniało mi się nietypowe wydarzenie.
Tuż po wejściu na lekcję matematyki w klasie ósmej, a była to pierwsza lekcja, pomyślałam, że odrobina pozytywnego szaleństwa nie zaszkodzi i nagrodzę w ten wiosenny dzień osobę, która się najpiękniej uśmiechnie.
Przy samych drzwiach siedziała Agnieszka, do dziś pamiętam jej szczery, radosny uśmiech na powitanie. Matematyka nie była jej ulubionym przedmiotem, ale tego dnia zadałam jej takie pytanie, że byłam pewna, iż odpowie bezbłędnie. Tak się stało i została nagrodzona oceną bardzo dobrą, a jej radość była ogromna.
Niebawem jej dzieci będą kończyć naukę w szkole podstawowej, a ona być może, nie pamięta tamtego zdarzenia, a na pewno nie zna genezy tej oceny:-)
Dobrze, że w życiu trafiają nam się takie miłe chwile, które na długo zapadają w pamięć.
Do miłych chwil, każdego roku zaliczam czas kwitnienia bzów, a teraz w oczekiwaniu na " bzowy spektakl" namalowałam taki " bzowy" obraz.
Dziękuję również za kolejne urodzinowe życzenia nadesłane w różnych formach, a tutaj w sposób szczególny Karolince https://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/ i Lence http://zaciszelenki.blogspot.com/
Jestem ogromnie zapracowana, ale każdy piękny widok jest w stanie mnie zatrzymać.
Tę drogę wiodącą z Gorzyc do Otfinowa, pokonywałam w swoim życiu wielokrotnie, ale o tym bedzie przy okazji innych wspomnień...
Być może, na kolejny post nie każę Wam długo czekać...
sobota, 15 lutego 2020
Moja tarcza szkolna nie wytrzymała próby czasu, ale...
Zanim podam wyniki " szczęśliwej" siódemki, trochę powspominam:-)
To były czasy, gdy fotografia stanowiła unikat! Nie wiem, kto nam zrobił zdjęcie, ale pamiętam, że to była czwarta klasa szkoły podstawowej ( zapowiadałam się na bardzo wysoką dziewczynę, a potem jakoś nagle zwolniłam:-). Na wiejskim, porośniętym trawą, boisku, odbywały się jakieś zawody. Moja koleżanka już była do nich przygotowana. Nie wiem, gdzie ona teraz mieszka, a bez jej zgody nie chcę publikować wizerunku, więc posłużyłam się tarczą szkolną. W tych czasach, nikt nie mógł się w szkole pojawić bez chałata ( fartuszka szkolnego) z naszytą ( a nie na agrafce zawieszoną) tarczą szkolną. Moja tarcza nie przetrwała do dziś, ale ta, którą prezentuję na zdjęciu, czyli tarcza z czasów nauki w tejże szkole, moich Synów jest prawie taka sama. Tamta nie miała tylko imienia, bo imię szkole nadałam dopiero ja w 1993 roku.
Tak więc tarcza naszyta na górnej części rękawa, była znakiem rozpoznawczym ucznia.
Najbardziej " oporni" na szkołę chłopcy, mogli zapomnieć białego kołnierzyka, ale o braku tarczy szkolnej nie mogło być mowy.
Gdy po 19. latach od zrobienia powyższego zdjęcia, zostałam dyrektorem tejże szkoły, zadbałam również o uczniowskie tarcze.
Do szkoły przyjeżdżał wówczas starszy Pan Waldemar ze swoją nieodzowną skórzaną, brązową walizeczką i przedstawiał ofertę swojej " firmy", tarcze szkolne, emblematy, odznaki. Najczęściej zamawianymi były: " dyżurny klasowy, dyżurny szkolny, wzorowy uczeń, wzorowy czytelnik, najlepszy matematyk, mistrz ortografii, mistrz sportu itp."
Sądząc po wyjątkowym akcencie, Pan Waldemar był Kresowiakiem, (co zresztą w późniejszych rozmowach, potwierdził) a jego maniery, kultura i styl bycia były niezwykłe.
P. Waldemar przy okazji transakcji wiele opowiadał, nie spieszył się, lubił posiedzieć w mojej maleńkiej kancelarii szkolnej, w której mieściło się biurko z krzesłem, fotelik dla gościa, a szafy z dokumentacją upchnięte były przy ścianach aż pod sam sufit. Obok okna, na półeczce stał telefon " na korbkę", a wszelkie rozmowy zamawiało się przez pocztę mieszczącą się w sąsiedniej wiosce.
Wspomniany Pan zawsze wywiązywał się wzorowo z przyjętego zamówienia, płaciłam przy odbiorze gotówką, nie było przelewów i numerów kont w tak małych zamówieniach.
Z chwilą gdy objęłam stanowisko dyrektora Gimnazjum w Oleśnie, P. Waldemar i tam mnie odnalazł.
Niestety, współpraca nie trwała długo, bo czasy i obyczaje się zmieniały, fartuszki i tarcze wyszły z użytku, mimo chwilowych starań jednego z ministrów oświaty.
Nie wiem, czy P. Waldemar żyje, był dużo starszy ode mnie, a ja przecież dziś ostatni raz mam piątkę w rzędzie dziesiątek:-)
Ludzie o pięknym sercu, wysokiej kulturze, zostają w naszej pamięci jako wspomnienie minionych, dobrych chwil...
Właśnie teraz za wszystkie podarunki z racji owej ostatniej " piątki" serdecznie dziękuję, bowiem bardzo sobie cenię każdy gest życzliwości, mimo, że w sposób szczególny urodzin nie obchodzę.
Prezentami od serca zawsze się cieszę i ogromnie za nie dziękuję. A teraz zobaczcie, jakie piękne podarunki nadeszły do mnie :
Od Iwonki, która pięknie pisze do mnie ze swoich wspaniałych podróży.
Od Ismeny
Od Małgosi X
Od Janeczki
Moje wszystkie różańce są omodlone, bowiem wiarę w moc modlitwy różańcowej otrzymałam w darze od mojej Mamy...O Was wszystkich też pamiętam...

Schowawszy pudełeczko z czekoladkami przed wszystkimi domowymi łasuchami ( a jest ich wielu, na czele ze mną) nie wiedziałam, co jeszcze kryje serduszko. Dziękuję Małgosi B. że poleciła mi tam zaglądnąć, bo w pudełeczku znalazły się te oto śliczne, wyjątkowe w swej treści dary.
Różańce w moim ulubionym, czerwonym kolorze i Anioł Stróż, którego nieustannie proszę o opiekę, zwłaszcza nad najmłodszymi, bardzo ruchliwymi członkami naszej rodziny.
Wybacz Małgosiu to moje niedopatrzenie, ale wykazałam się wczoraj silną wolą nie sięgając po praliny:-)
A szczęśliwy los w dzisiejszej zabawie należy do Agatki Z.
Proszę Agatko o podanie rodzaju kwiatów i kolorystyki bowiem koniecznie trzeba się zbierać do malowania.
Pozostałym Uczestnikom dziękuję za udział i obiecuję kolejne zabawy w przyszłości.
To były czasy, gdy fotografia stanowiła unikat! Nie wiem, kto nam zrobił zdjęcie, ale pamiętam, że to była czwarta klasa szkoły podstawowej ( zapowiadałam się na bardzo wysoką dziewczynę, a potem jakoś nagle zwolniłam:-). Na wiejskim, porośniętym trawą, boisku, odbywały się jakieś zawody. Moja koleżanka już była do nich przygotowana. Nie wiem, gdzie ona teraz mieszka, a bez jej zgody nie chcę publikować wizerunku, więc posłużyłam się tarczą szkolną. W tych czasach, nikt nie mógł się w szkole pojawić bez chałata ( fartuszka szkolnego) z naszytą ( a nie na agrafce zawieszoną) tarczą szkolną. Moja tarcza nie przetrwała do dziś, ale ta, którą prezentuję na zdjęciu, czyli tarcza z czasów nauki w tejże szkole, moich Synów jest prawie taka sama. Tamta nie miała tylko imienia, bo imię szkole nadałam dopiero ja w 1993 roku.
Tak więc tarcza naszyta na górnej części rękawa, była znakiem rozpoznawczym ucznia.
Najbardziej " oporni" na szkołę chłopcy, mogli zapomnieć białego kołnierzyka, ale o braku tarczy szkolnej nie mogło być mowy.
Gdy po 19. latach od zrobienia powyższego zdjęcia, zostałam dyrektorem tejże szkoły, zadbałam również o uczniowskie tarcze.
Do szkoły przyjeżdżał wówczas starszy Pan Waldemar ze swoją nieodzowną skórzaną, brązową walizeczką i przedstawiał ofertę swojej " firmy", tarcze szkolne, emblematy, odznaki. Najczęściej zamawianymi były: " dyżurny klasowy, dyżurny szkolny, wzorowy uczeń, wzorowy czytelnik, najlepszy matematyk, mistrz ortografii, mistrz sportu itp."
Sądząc po wyjątkowym akcencie, Pan Waldemar był Kresowiakiem, (co zresztą w późniejszych rozmowach, potwierdził) a jego maniery, kultura i styl bycia były niezwykłe.
P. Waldemar przy okazji transakcji wiele opowiadał, nie spieszył się, lubił posiedzieć w mojej maleńkiej kancelarii szkolnej, w której mieściło się biurko z krzesłem, fotelik dla gościa, a szafy z dokumentacją upchnięte były przy ścianach aż pod sam sufit. Obok okna, na półeczce stał telefon " na korbkę", a wszelkie rozmowy zamawiało się przez pocztę mieszczącą się w sąsiedniej wiosce.
Wspomniany Pan zawsze wywiązywał się wzorowo z przyjętego zamówienia, płaciłam przy odbiorze gotówką, nie było przelewów i numerów kont w tak małych zamówieniach.
Z chwilą gdy objęłam stanowisko dyrektora Gimnazjum w Oleśnie, P. Waldemar i tam mnie odnalazł.
Niestety, współpraca nie trwała długo, bo czasy i obyczaje się zmieniały, fartuszki i tarcze wyszły z użytku, mimo chwilowych starań jednego z ministrów oświaty.
Nie wiem, czy P. Waldemar żyje, był dużo starszy ode mnie, a ja przecież dziś ostatni raz mam piątkę w rzędzie dziesiątek:-)
Ludzie o pięknym sercu, wysokiej kulturze, zostają w naszej pamięci jako wspomnienie minionych, dobrych chwil...
Właśnie teraz za wszystkie podarunki z racji owej ostatniej " piątki" serdecznie dziękuję, bowiem bardzo sobie cenię każdy gest życzliwości, mimo, że w sposób szczególny urodzin nie obchodzę.
Prezentami od serca zawsze się cieszę i ogromnie za nie dziękuję. A teraz zobaczcie, jakie piękne podarunki nadeszły do mnie :
Od Iwonki, która pięknie pisze do mnie ze swoich wspaniałych podróży.
Od Ismeny
Od Małgosi X
Od Janeczki
Moje wszystkie różańce są omodlone, bowiem wiarę w moc modlitwy różańcowej otrzymałam w darze od mojej Mamy...O Was wszystkich też pamiętam...

Schowawszy pudełeczko z czekoladkami przed wszystkimi domowymi łasuchami ( a jest ich wielu, na czele ze mną) nie wiedziałam, co jeszcze kryje serduszko. Dziękuję Małgosi B. że poleciła mi tam zaglądnąć, bo w pudełeczku znalazły się te oto śliczne, wyjątkowe w swej treści dary.
Różańce w moim ulubionym, czerwonym kolorze i Anioł Stróż, którego nieustannie proszę o opiekę, zwłaszcza nad najmłodszymi, bardzo ruchliwymi członkami naszej rodziny.
Wybacz Małgosiu to moje niedopatrzenie, ale wykazałam się wczoraj silną wolą nie sięgając po praliny:-)
A szczęśliwy los w dzisiejszej zabawie należy do Agatki Z.
Proszę Agatko o podanie rodzaju kwiatów i kolorystyki bowiem koniecznie trzeba się zbierać do malowania.
Pozostałym Uczestnikom dziękuję za udział i obiecuję kolejne zabawy w przyszłości.
Zauroczona stylem pisarskim tej Autorki, proponuję kolejną powieść na jeszcze zimowe wieczory.
Do spotkania w kolejnym poście.
piątek, 7 lutego 2020
Przypadki chodzą po ludziach.
Lubię szybkie działanie. Pewnie to predyspozycje otrzymane w darze genowym decydują w dużej mierze o " naszej szybkości", ale też ogrom podjętych zadań wymaga zwiększenia tempa ich wykonania. Tak czy siak, od zawsze lubiłam działać szybko.
Tak też było ostatnio, gdy domownikom zamarzyła się " czekolada z PRL-u"
Kilka wolnych minut i... 2 szklanki cukru zagotowane z połową szklanki wody i 20 dag margaryny, przyjęły z chęcią 5 łyżek pięknego, ciemnego kakao, czekając na pół kilograma mleka w proszku.
Wpadłam więc do spiżarni, chwyciłam niebieską, szeleszczącą torebkę i zdecydowanym ruchem wysypałam jej zawartość do kakaowej masy. Początkowo myślałam, że to granulki mleka tak chrupią pod drewnianą łyżką, ale gdy zaświeciłam więcej świateł okazało się, że w niebieskich torebkach bywa też...kasza manna!!! ( dobrze, że było tam tylko ćwierć kilograma).
Grunt, to nie wpadać w panikę: specyfik na ogień, mieszamy energicznie przez kilka minut, studzimy, a potem robimy " a la ziemniaczki". Żaden nie trafił do odpadów!
Taki to przypadek przyszedł do mnie!
Po dwóch dniach odnalazłam mleko i zrobiłam czekoladę rodem z czasów, gdy dzieciom przysługiwało 10 dag czekolady na miesiąc!!! Jest pyszna, krucha i nie ma żadnej literki "E"!
Fajnie prezentuje się w towarzystwie kubka i talerzyka, które świetnie pamiętają czasy PRL-u.
Kubek to pamiątka po mojej chrzestnej, wesołej cioci Kazi z Krakowa.
Ciocia gromadziła różne pamiątki, zapisywała ważne fakty. Chyba mam to po niej, wszak ludowe porzekadło mówi, że dzieci " wdają się" do swoich chrzestnych.
Ale wróćmy do przypadków " historycznych", właśnie z tamtych czasów.
Byłam uczennicą trzeciej lub czwartej klasy szkoły podstawowej, gdy nagle zostałam wezwana przez jedną z nauczycielek, która próbowała od uczniów klasy ósmej wyegzekwować odmianę rzeczownika przez przypadki. Pani, wierząc, że ich zawstydzi, nakazała mi odmienić rzeczownik: przyjaciel, co ja z przejęciem i wielką gorliwością, stojąc na baczność, odziana w granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem, uczyniłam, zdobywając uznanie Pani i narażając się na uszczypliwości ze strony kolegów "pod wąsem". Rzeczony Mietek, którego nie interesowały różnice między dopełniaczem a biernikiem, przez kilka tygodni wyśmiewał się ze mnie na szkolnych korytarzach.
Pamiętam, że wiele ówczesnych nauczycielek stosowało taką " metodę nauczania" nie bacząc na jej owoce!
Dziś wspominam tamte czasy z nostalgicznym uśmiechem malując kolejną chatkę dla turystów przybywających do Zalipia.
Przypominam też Czytelnikom, że trwają zapusty, a kolejne czekające nas przed Wielkim Postem trzy niedziele to: Starozapustna, Mięsopustna i Zapustna.
W tym czasie niegdyś darto pierze po domach, a takie wyskubki były okazją do tańców i raczenia się kołaczami z serem.
I ja na takich wyskubkach bywałam, kawę zbożową piłam, kołacze zajadałam i babskich ploteczek słuchałam.
Takie to przypadki chodziły po ludziach w zapusty, a pomna na te czasy, przypominam o trwającej zabawie zapustnej, którą współcześni "candy" nazywają:-)
Tak też było ostatnio, gdy domownikom zamarzyła się " czekolada z PRL-u"
Kilka wolnych minut i... 2 szklanki cukru zagotowane z połową szklanki wody i 20 dag margaryny, przyjęły z chęcią 5 łyżek pięknego, ciemnego kakao, czekając na pół kilograma mleka w proszku.
Wpadłam więc do spiżarni, chwyciłam niebieską, szeleszczącą torebkę i zdecydowanym ruchem wysypałam jej zawartość do kakaowej masy. Początkowo myślałam, że to granulki mleka tak chrupią pod drewnianą łyżką, ale gdy zaświeciłam więcej świateł okazało się, że w niebieskich torebkach bywa też...kasza manna!!! ( dobrze, że było tam tylko ćwierć kilograma).
Grunt, to nie wpadać w panikę: specyfik na ogień, mieszamy energicznie przez kilka minut, studzimy, a potem robimy " a la ziemniaczki". Żaden nie trafił do odpadów!
Taki to przypadek przyszedł do mnie!
Po dwóch dniach odnalazłam mleko i zrobiłam czekoladę rodem z czasów, gdy dzieciom przysługiwało 10 dag czekolady na miesiąc!!! Jest pyszna, krucha i nie ma żadnej literki "E"!
Fajnie prezentuje się w towarzystwie kubka i talerzyka, które świetnie pamiętają czasy PRL-u.
Kubek to pamiątka po mojej chrzestnej, wesołej cioci Kazi z Krakowa.
Ciocia gromadziła różne pamiątki, zapisywała ważne fakty. Chyba mam to po niej, wszak ludowe porzekadło mówi, że dzieci " wdają się" do swoich chrzestnych.
Ale wróćmy do przypadków " historycznych", właśnie z tamtych czasów.
Byłam uczennicą trzeciej lub czwartej klasy szkoły podstawowej, gdy nagle zostałam wezwana przez jedną z nauczycielek, która próbowała od uczniów klasy ósmej wyegzekwować odmianę rzeczownika przez przypadki. Pani, wierząc, że ich zawstydzi, nakazała mi odmienić rzeczownik: przyjaciel, co ja z przejęciem i wielką gorliwością, stojąc na baczność, odziana w granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem, uczyniłam, zdobywając uznanie Pani i narażając się na uszczypliwości ze strony kolegów "pod wąsem". Rzeczony Mietek, którego nie interesowały różnice między dopełniaczem a biernikiem, przez kilka tygodni wyśmiewał się ze mnie na szkolnych korytarzach.
Pamiętam, że wiele ówczesnych nauczycielek stosowało taką " metodę nauczania" nie bacząc na jej owoce!
Dziś wspominam tamte czasy z nostalgicznym uśmiechem malując kolejną chatkę dla turystów przybywających do Zalipia.
Przypominam też Czytelnikom, że trwają zapusty, a kolejne czekające nas przed Wielkim Postem trzy niedziele to: Starozapustna, Mięsopustna i Zapustna.
W tym czasie niegdyś darto pierze po domach, a takie wyskubki były okazją do tańców i raczenia się kołaczami z serem.
I ja na takich wyskubkach bywałam, kawę zbożową piłam, kołacze zajadałam i babskich ploteczek słuchałam.
Takie to przypadki chodziły po ludziach w zapusty, a pomna na te czasy, przypominam o trwającej zabawie zapustnej, którą współcześni "candy" nazywają:-)
sobota, 1 lutego 2020
Może nie wszystkie przysłowia się spełniają :-)
Luty przywitał nas ciepło i słonecznie.
A Gromniczna powinna być mroźna i śnieżna bo: "Jak słońce jasno świeci na Gromnice, to przyjdą wielkie mrozy i śnieżyce".
Na pocieszenie dorzucę inne przysłowie: "Maria pogodna, będzie jesień dorodna".
Które się sprawdzi? czas pokaże.
Święto Matki Bożej Gromnicznej jest mi bardzo bliskie z racji tradycji i głębokiego szacunku dla świecy poświęconej w Dniu Oczyszczenia Najświętszej Marii Panny- obecnie Ofiarowania Pańskiego.
I kojarzy mi się z moją Babcią i innymi babciami z sąsiedztwa, które mimo podeszłego wieku, szły w tym dniu gromadnie do kościoła, bo nie wyobrażano sobie, by ktoś, kto jest " na chodzie", w tym dniu nie poświęcił gromnicy. Babciom nie straszne były mroźne poranki, szły zakutane w grube, kraciaste chusty, a każda z nich w ręku dzierżyła pięknie przyzdobioną gromnicę, znak żywej wiary w opiekę Matki Bożej. O tym święcie pisałam wielokrotnie na swoim blogu i tak jak kobiety z mojej wioski każdego roku poświęcam gromnicę, ale zamiast mrozów trzaskających jest łagodne ciepło, a iść nie trzeba pieszo bo każdy dysponuje samochodem. Pozostały jednak te same setki płomyków palących się na przystrojonych gromnicach i świadomość, że zima przekroczyła połowę.
Pamiętając o blogowym cyklu pamiątkowym, postanowiłam zamieścić zdjęcia starych medalików, które w różnorodny sposób trafiły do naszego domu i są łącznikiem z bardziej lub mniej odległymi czasami kiedy to medalik zakupiony na odpuście, bądź podczas pielgrzymki do pobliskiego sanktuarium, był często jedyną ozdobą wiejskiej kobiety.
Funkcja ozdoby nie była najważniejsza ( choć kobiety zawsze chciały mieć na szyi coś ładnego), bowiem poświęcony medalik, zawieszony na łańcuszku był oznaką wiary, której nikt nie manifestował, ale też nikt się nie wstydził. Nosiło się go więc często " na wierzch" czyli wykładając go na noszoną odzież.
Niektóre z zachowanych medalików należały do nieżyjących już kobiet z mojej rodziny, a ten najbardziej zniszczony, wykopał mój mąż podczas uprawy georginiowego pola. Zapewne, któraś z niewiast zgubiła go podczas pielenia, a przysypany ziemią, został odnaleziony dopiero po wielu latach. Nigdy się nie dowiem, do kogo należał...
Medaliki były wykonane z tanich materiałów. Wiejskie kobiety nie stać było na srebro, a o złocie nie było mowy, wszak mieszkały w takich chatkach.
Zainteresowanych tematyką starych medalików i historii z nimi związanych odsyłam do wspaniałego bloga prowadzonego przez Szarą Sowę http://wkregusakrum.blogspot.com/
W tych chatkach wychowywało się kilka pokoleń, a zadaniem babci było codzienne, poranne śpiewanie Godzinek ku czci Maryi. Babcie śpiewały " zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę Świętą, zacznijcie opowiadać cześć jej niepojętą" podczas porannej krzątaniny, zapalania w piecu, przygotowywania skromnego śniadania, zanim inni zdążyli przetrzeć oczy.
Nic dziwnego, że tę piękną, śpiewaną modlitwę, choć bardzo długą, wszyscy znali na pamięć.
Ze wspomnień o zimowej bieli w dawnych czasach powstał kolejny obraz z serii zalipiańskich chatek.
A ja żegnam się z Wami ciepłym zachodem słońca dziękując za kolejny darowany mi dzień ...
A Gromniczna powinna być mroźna i śnieżna bo: "Jak słońce jasno świeci na Gromnice, to przyjdą wielkie mrozy i śnieżyce".
Na pocieszenie dorzucę inne przysłowie: "Maria pogodna, będzie jesień dorodna".
Które się sprawdzi? czas pokaże.
Święto Matki Bożej Gromnicznej jest mi bardzo bliskie z racji tradycji i głębokiego szacunku dla świecy poświęconej w Dniu Oczyszczenia Najświętszej Marii Panny- obecnie Ofiarowania Pańskiego.
I kojarzy mi się z moją Babcią i innymi babciami z sąsiedztwa, które mimo podeszłego wieku, szły w tym dniu gromadnie do kościoła, bo nie wyobrażano sobie, by ktoś, kto jest " na chodzie", w tym dniu nie poświęcił gromnicy. Babciom nie straszne były mroźne poranki, szły zakutane w grube, kraciaste chusty, a każda z nich w ręku dzierżyła pięknie przyzdobioną gromnicę, znak żywej wiary w opiekę Matki Bożej. O tym święcie pisałam wielokrotnie na swoim blogu i tak jak kobiety z mojej wioski każdego roku poświęcam gromnicę, ale zamiast mrozów trzaskających jest łagodne ciepło, a iść nie trzeba pieszo bo każdy dysponuje samochodem. Pozostały jednak te same setki płomyków palących się na przystrojonych gromnicach i świadomość, że zima przekroczyła połowę.
Pamiętając o blogowym cyklu pamiątkowym, postanowiłam zamieścić zdjęcia starych medalików, które w różnorodny sposób trafiły do naszego domu i są łącznikiem z bardziej lub mniej odległymi czasami kiedy to medalik zakupiony na odpuście, bądź podczas pielgrzymki do pobliskiego sanktuarium, był często jedyną ozdobą wiejskiej kobiety.
Funkcja ozdoby nie była najważniejsza ( choć kobiety zawsze chciały mieć na szyi coś ładnego), bowiem poświęcony medalik, zawieszony na łańcuszku był oznaką wiary, której nikt nie manifestował, ale też nikt się nie wstydził. Nosiło się go więc często " na wierzch" czyli wykładając go na noszoną odzież.
Niektóre z zachowanych medalików należały do nieżyjących już kobiet z mojej rodziny, a ten najbardziej zniszczony, wykopał mój mąż podczas uprawy georginiowego pola. Zapewne, któraś z niewiast zgubiła go podczas pielenia, a przysypany ziemią, został odnaleziony dopiero po wielu latach. Nigdy się nie dowiem, do kogo należał...
Medaliki były wykonane z tanich materiałów. Wiejskie kobiety nie stać było na srebro, a o złocie nie było mowy, wszak mieszkały w takich chatkach.
Zainteresowanych tematyką starych medalików i historii z nimi związanych odsyłam do wspaniałego bloga prowadzonego przez Szarą Sowę http://wkregusakrum.blogspot.com/
W tych chatkach wychowywało się kilka pokoleń, a zadaniem babci było codzienne, poranne śpiewanie Godzinek ku czci Maryi. Babcie śpiewały " zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę Świętą, zacznijcie opowiadać cześć jej niepojętą" podczas porannej krzątaniny, zapalania w piecu, przygotowywania skromnego śniadania, zanim inni zdążyli przetrzeć oczy.
Nic dziwnego, że tę piękną, śpiewaną modlitwę, choć bardzo długą, wszyscy znali na pamięć.
Ze wspomnień o zimowej bieli w dawnych czasach powstał kolejny obraz z serii zalipiańskich chatek.
A ja żegnam się z Wami ciepłym zachodem słońca dziękując za kolejny darowany mi dzień ...
poniedziałek, 27 stycznia 2020
Dwa historyczne papiery, które zmieniły moje życiowe plany.
Nastały ferie...pierwszy raz od niepamiętnych czasów, ferie mnie nie dotyczą.
Nie uczę już w szkole, a Wnuki są jeszcze w wieku przedszkolnym i niżej:-) więc babcia nie ma wolnego.
Moje życie zawodowe i działalność kulturalną dokumentowałam przez lata na różne sposoby.
Teraz, porządkując całe szafki " różności", zatrzymałam wzrok na dwóch pożółkłych od starości papierach.
Wróciły wspomnienia, więc dzisiejszy post będzie trochę szkolny- o " paniach od polskiego".
Przypomniał mi się " Pan od przyrody" Herberta, wszak na początku swej przygody ze szkołą uczyłam również języka polskiego.
Ale wróćmy do mojej osobistej edukacji i do mojego dzieciństwa.
Niektórzy z Was już wiedzą, że nauki pobierałam w małej, wiejskiej szkole, w której po wielu latach podjęłam swoją pierwszą pracę zawodową. Co to była za szkoła...dziś wystawiam jej bardzo wysoką ocenę. Lata 1968- 1976 nie należały do łatwych dla mieszkańców wiosek, którzy pod wieloma względami byli daleko w stosunku do mieszkańców miast. Problem dotyczył również dzieci i ich możliwości osobistego rozwoju, dostępu do nauki, dóbr kultury.
Bardzo często, wiejska szkoła była miejscem jedynych możliwości dla wiejskiego dziecka.
Moja Pani od polskiego nie była polonistką, zdała egzamin kwalifikacyjny z geografii, ale w tamtych latach nie przestrzegano wymogu kwalifikacji, bo po prostu nie było nauczycieli specjalistów, a pozyskani nauczyciele najczęściej zamieszkiwali w wynajętym na wsi, pokoiku.
Moja Pani była solidna i wymagająca, trzymała dyscyplinę i sama wiele wymagała od siebie.
W klasie ósmej poświęciła mi wiele czasu pozalekcyjnego widząc mój ogromny zapał w poznawaniu literatury i tworzeniu własnych tekstów. To nic, że musiałam dwukrotnie w ciągu dnia pokonywać polne bezdroża i rowy zaliczając w sumie 10 km bez względu na porę roku.
A potem pamiętam jak dziś, ogromną salę w Tarnowie, gdy skupieni uczniowie pisali swoje teksty i odpowiadali na liczne pytanie Olimpiady Polonistycznej ( wówczas nie nazywano ich konkursami, a nosiły zaszczytne miano olimpiad). Konkurencja była spora, byli tam uczniowie ze szkół tarnowskich, bocheńskich, brzeskich, a więc dużych i miejskich.
A ja, dziewczynka z warkoczem, z małej wioski i moja Pani od polskiego z EK z geografii.
Jakaż wielka była nasza radość gdy się okazało, że czeka mnie druga część- ustna.
Trzy wylosowane pytania i recytacja wiersza Broniewskiego, tak to był rok 1976.
To była " Nike"- trudny, długi wiersz, przez moment poczułam, że nie pamiętam, co dalej, ale zaimprowizowałam, komisja nie spostrzegła, że dwa wersy nie są pióra Broniewskiego...
W efekcie uzyskałam 5. miejsce w województwie tarnowskim i wstęp do dowolnej szkoły średniej bez egzaminów wstępnych
( wówczas takie się zdawało)
Do dziś wspominam z wielką wdzięcznością i szacunkiem Panią od polskiego,
która potrafiła przekazać dziecku tyle wiedzy i wyzwolić w nim twórcze pokłady.
Wybrałam ogólniak, który był blisko domu, bo do mojej miejscowości nie dojeżdżały przepełnione po brzegi autobusy, a do pociągu, sławnej " szczucinki", trzeba było dojść 5 km.
I w tym ogólniaku moje polonistyczne zapędy zniszczyła druga Pani od polskiego, lepiej nazwijmy ją " Panią W."
Każdego dnia wywoływała mnie na środek i padały polecenia: "Basiu przeczytaj, Basiu wytłumacz, Basiu zapytaj koleżanki".
W tym czasie Pani W. oddawała się swoim myślom siedząc za biurkiem i tak było każdego dnia!
Z dwoma pierwszymi poleceniami nie miałam kłopotu, ale trzecie było okropne. Patrzyłam na klasę, a każda głowa poruszała się w geście przeczenia " tylko nie mnie"!
Po kilku dniach takiej męki, wpadłam na pomysł: umawiałam się wcześniej z dziewczynami ( klasa była żeńska) kogo zapytam i z czego. W ten sposób, problem został rozwiązany.
Jakby dla rekompensaty, lekcje matematyki przydzielono ambitnemu matematykowi, który po przeprowadzeniu testu sprawdzającego wiadomości z zakresu szkoły podstawowej, z wielkim uznaniem dla mojego wyniku, zapytał gdzie są owe Gorzyce? A potem postarał się o to żebym na maturze mogła zdawać z wyboru matematykę i fizykę. Taką szkołę podstawową ukończyłam.
Trochę się dziś chwalę, ale emerytce już wypada. Drugi papier dał mi wstęp bez egzaminów na dowolny kierunek studiów w wybranej uczelni.
A ja wybrałam AGH, bo tam studiował już wtedy mój obecny Mąż. I to było jedyne uzasadnienie:-)
Wracając do Pań od... różnych przedmiotów, mogę dziś powiedzieć, że wielu dawnych nauczycieli, uczących " wszystkiego", bez wymaganych " papierowych kwalifikacji", ale z pasją i poświęceniem, czyniło mnóstwo wspaniałych działań głęboko zapadających w serce na całe życie.
Poniższe mroźne fotografie obrazują pierwszy odcinek mojej drogi do szkoły, dalej skręcało się w pola, " na bliższe".
Nie uczę już w szkole, a Wnuki są jeszcze w wieku przedszkolnym i niżej:-) więc babcia nie ma wolnego.
Moje życie zawodowe i działalność kulturalną dokumentowałam przez lata na różne sposoby.
Teraz, porządkując całe szafki " różności", zatrzymałam wzrok na dwóch pożółkłych od starości papierach.
Wróciły wspomnienia, więc dzisiejszy post będzie trochę szkolny- o " paniach od polskiego".
Przypomniał mi się " Pan od przyrody" Herberta, wszak na początku swej przygody ze szkołą uczyłam również języka polskiego.
Ale wróćmy do mojej osobistej edukacji i do mojego dzieciństwa.
Niektórzy z Was już wiedzą, że nauki pobierałam w małej, wiejskiej szkole, w której po wielu latach podjęłam swoją pierwszą pracę zawodową. Co to była za szkoła...dziś wystawiam jej bardzo wysoką ocenę. Lata 1968- 1976 nie należały do łatwych dla mieszkańców wiosek, którzy pod wieloma względami byli daleko w stosunku do mieszkańców miast. Problem dotyczył również dzieci i ich możliwości osobistego rozwoju, dostępu do nauki, dóbr kultury.
Bardzo często, wiejska szkoła była miejscem jedynych możliwości dla wiejskiego dziecka.
Moja Pani od polskiego nie była polonistką, zdała egzamin kwalifikacyjny z geografii, ale w tamtych latach nie przestrzegano wymogu kwalifikacji, bo po prostu nie było nauczycieli specjalistów, a pozyskani nauczyciele najczęściej zamieszkiwali w wynajętym na wsi, pokoiku.
Moja Pani była solidna i wymagająca, trzymała dyscyplinę i sama wiele wymagała od siebie.
W klasie ósmej poświęciła mi wiele czasu pozalekcyjnego widząc mój ogromny zapał w poznawaniu literatury i tworzeniu własnych tekstów. To nic, że musiałam dwukrotnie w ciągu dnia pokonywać polne bezdroża i rowy zaliczając w sumie 10 km bez względu na porę roku.
A potem pamiętam jak dziś, ogromną salę w Tarnowie, gdy skupieni uczniowie pisali swoje teksty i odpowiadali na liczne pytanie Olimpiady Polonistycznej ( wówczas nie nazywano ich konkursami, a nosiły zaszczytne miano olimpiad). Konkurencja była spora, byli tam uczniowie ze szkół tarnowskich, bocheńskich, brzeskich, a więc dużych i miejskich.
A ja, dziewczynka z warkoczem, z małej wioski i moja Pani od polskiego z EK z geografii.
Jakaż wielka była nasza radość gdy się okazało, że czeka mnie druga część- ustna.
Trzy wylosowane pytania i recytacja wiersza Broniewskiego, tak to był rok 1976.
To była " Nike"- trudny, długi wiersz, przez moment poczułam, że nie pamiętam, co dalej, ale zaimprowizowałam, komisja nie spostrzegła, że dwa wersy nie są pióra Broniewskiego...
W efekcie uzyskałam 5. miejsce w województwie tarnowskim i wstęp do dowolnej szkoły średniej bez egzaminów wstępnych
( wówczas takie się zdawało)
Do dziś wspominam z wielką wdzięcznością i szacunkiem Panią od polskiego,
która potrafiła przekazać dziecku tyle wiedzy i wyzwolić w nim twórcze pokłady.
Wybrałam ogólniak, który był blisko domu, bo do mojej miejscowości nie dojeżdżały przepełnione po brzegi autobusy, a do pociągu, sławnej " szczucinki", trzeba było dojść 5 km.
I w tym ogólniaku moje polonistyczne zapędy zniszczyła druga Pani od polskiego, lepiej nazwijmy ją " Panią W."
Każdego dnia wywoływała mnie na środek i padały polecenia: "Basiu przeczytaj, Basiu wytłumacz, Basiu zapytaj koleżanki".
W tym czasie Pani W. oddawała się swoim myślom siedząc za biurkiem i tak było każdego dnia!
Z dwoma pierwszymi poleceniami nie miałam kłopotu, ale trzecie było okropne. Patrzyłam na klasę, a każda głowa poruszała się w geście przeczenia " tylko nie mnie"!
Po kilku dniach takiej męki, wpadłam na pomysł: umawiałam się wcześniej z dziewczynami ( klasa była żeńska) kogo zapytam i z czego. W ten sposób, problem został rozwiązany.
Jakby dla rekompensaty, lekcje matematyki przydzielono ambitnemu matematykowi, który po przeprowadzeniu testu sprawdzającego wiadomości z zakresu szkoły podstawowej, z wielkim uznaniem dla mojego wyniku, zapytał gdzie są owe Gorzyce? A potem postarał się o to żebym na maturze mogła zdawać z wyboru matematykę i fizykę. Taką szkołę podstawową ukończyłam.
Trochę się dziś chwalę, ale emerytce już wypada. Drugi papier dał mi wstęp bez egzaminów na dowolny kierunek studiów w wybranej uczelni.
A ja wybrałam AGH, bo tam studiował już wtedy mój obecny Mąż. I to było jedyne uzasadnienie:-)
Wracając do Pań od... różnych przedmiotów, mogę dziś powiedzieć, że wielu dawnych nauczycieli, uczących " wszystkiego", bez wymaganych " papierowych kwalifikacji", ale z pasją i poświęceniem, czyniło mnóstwo wspaniałych działań głęboko zapadających w serce na całe życie.
Poniższe mroźne fotografie obrazują pierwszy odcinek mojej drogi do szkoły, dalej skręcało się w pola, " na bliższe".
Na mroźne wieczory ( jak już skończycie czytać moje wspomnienia:-) polecam tę oto opowieść o trudnej miłości, gdy jedna miłość nie pozwala przyjąć drugiej miłości biorąc pod uwagę bezmiar jej ciężaru.
Więcej nie powiem, warto po nią sięgnąć choćby po to, by uzmysłowić sobie jak wielkim darem jest życie.
środa, 22 stycznia 2020
Siedemsetny post, przed siódmymi urodzinami, z niespodzianką:-)
W moim życiu pojawia się coraz więcej ważnych dat, liczb, rocznic i wspomnień.
A wszystko to związane jest z upływającym czasem. I ciągle nam się wydaje, że coś było jakby wczoraj...a w rzeczywistości upłynęło już mnóstwo lat.
Zakładając bloga byłam o 7 lat młodsza i nie nosiłam jeszcze zaszczytnego prawa nazywania się babcią. Dziś cieszę się czwórką Wnucząt i nieważne, że włosy wymagają częstszego nakładania farby, że o innych defektach nie wspomnę:-)
Przed siedmiu laty nawet nie myślałam, że będę mieć siedemset postów i niezliczone chwile blogowych radości.
Za wszystkie te radości Wam dziękuję, a w nagrodę ogłaszam zabawę rocznicową- siedem kwiatów w wazonie dla wylosowanej osoby.
Zwycięzca będzie miał prawo wyboru kolorystyki i rodzaju kwiatów, ja zaś namaluję najlepiej jak potrafię ( jako amator tej sztuki). Wystarczy wpisać w komentarzu chęć udziału w zabawie.
Losowanie odbędzie się 14 lutego, a wyniki ukażą się dokładnie w urodziny ( ostatni raz będę mieć "5" w cyfrze dziesiątek:-)
Dwa poniższe obrazy to tylko przykłady, bowiem kwiatowych " portretów" powstało bardzo dużo.
W tym roku dwójka starszych Wnucząt uczęszcza do dwóch różnych przedszkoli.
U Natalii odbyła się wspaniała impreza dla babć i dziadków, więc postanowiłam w dowód mojej wdzięczności namalować obraz, który byłby blisko tych przemiłych Dzieciaczków.
Obraz przekazałam P. Dyrektor Przedszkola w Żabnie wraz z gratulacjami za wspaniałą pracę.
A oto on- to chyba wiosna w pełni:-)
Gdy byłam niewiele starsza od dzisiejszych aktorów- przedszkolaczków, rodzice kupili mi szkatułkę z lusterkiem, zamykaną na kluczyk, wszak moja odpustowa biżuteria była niezwykle drogocenna.
Szkatułka przeżyła tyle lat, przeszła ze starego domu do nowego, gromadziła różne pamiątki, a dziś jest dla mnie cenną pamiątką- wspomnieniem szczęśliwych chwil sięgających " kraju lat dziecinnych".
Mój brat był starszy ode mnie o 8 lat, więc nie było mowy o wspólnych tajemnicach.
Nie miałam siostry, więc wymykałam się do koleżanek sąsiadek zmuszając je czasami do pisania dyktand z ortografii :-) ale był też czas na zabawę bez telefonu, komputera i innych brzęczących i biegających zabawek. Kto pamięta lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, może potwierdzić jak smakowała bułka z marmoladą i oranżada w butelce i jakie piękne były polne kwiaty zbierane po drodze ze szkoły.
I ile radości dawała biała bluzeczka i granatowa plisowana spódniczka zakupiona na szkolne uroczystości.
To był zaczarowany świat, który staram się ocalić od zapomnienia pisząc o nim w najcieplejszych barwach.
Wieczko mojej szkatułki zdobi dziewięćsił bezłodygowy, który ponoć posiada 9 tajemnych sił, znajduje zastosowanie w lecznictwie, a u mnie ocalił szkatułkę przez tyle lat i nadal jest ona w dobrym stanie.
A teraz zapraszam do zabawy i kontemplowania piękna zimowych wschodów słońca...
A wszystko to związane jest z upływającym czasem. I ciągle nam się wydaje, że coś było jakby wczoraj...a w rzeczywistości upłynęło już mnóstwo lat.
Zakładając bloga byłam o 7 lat młodsza i nie nosiłam jeszcze zaszczytnego prawa nazywania się babcią. Dziś cieszę się czwórką Wnucząt i nieważne, że włosy wymagają częstszego nakładania farby, że o innych defektach nie wspomnę:-)
Przed siedmiu laty nawet nie myślałam, że będę mieć siedemset postów i niezliczone chwile blogowych radości.
Za wszystkie te radości Wam dziękuję, a w nagrodę ogłaszam zabawę rocznicową- siedem kwiatów w wazonie dla wylosowanej osoby.
Zwycięzca będzie miał prawo wyboru kolorystyki i rodzaju kwiatów, ja zaś namaluję najlepiej jak potrafię ( jako amator tej sztuki). Wystarczy wpisać w komentarzu chęć udziału w zabawie.
Losowanie odbędzie się 14 lutego, a wyniki ukażą się dokładnie w urodziny ( ostatni raz będę mieć "5" w cyfrze dziesiątek:-)
W tym roku dwójka starszych Wnucząt uczęszcza do dwóch różnych przedszkoli.
U Natalii odbyła się wspaniała impreza dla babć i dziadków, więc postanowiłam w dowód mojej wdzięczności namalować obraz, który byłby blisko tych przemiłych Dzieciaczków.
Obraz przekazałam P. Dyrektor Przedszkola w Żabnie wraz z gratulacjami za wspaniałą pracę.
A oto on- to chyba wiosna w pełni:-)
Gdy byłam niewiele starsza od dzisiejszych aktorów- przedszkolaczków, rodzice kupili mi szkatułkę z lusterkiem, zamykaną na kluczyk, wszak moja odpustowa biżuteria była niezwykle drogocenna.
Szkatułka przeżyła tyle lat, przeszła ze starego domu do nowego, gromadziła różne pamiątki, a dziś jest dla mnie cenną pamiątką- wspomnieniem szczęśliwych chwil sięgających " kraju lat dziecinnych".
Mój brat był starszy ode mnie o 8 lat, więc nie było mowy o wspólnych tajemnicach.
Nie miałam siostry, więc wymykałam się do koleżanek sąsiadek zmuszając je czasami do pisania dyktand z ortografii :-) ale był też czas na zabawę bez telefonu, komputera i innych brzęczących i biegających zabawek. Kto pamięta lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, może potwierdzić jak smakowała bułka z marmoladą i oranżada w butelce i jakie piękne były polne kwiaty zbierane po drodze ze szkoły.
I ile radości dawała biała bluzeczka i granatowa plisowana spódniczka zakupiona na szkolne uroczystości.
To był zaczarowany świat, który staram się ocalić od zapomnienia pisząc o nim w najcieplejszych barwach.
Wieczko mojej szkatułki zdobi dziewięćsił bezłodygowy, który ponoć posiada 9 tajemnych sił, znajduje zastosowanie w lecznictwie, a u mnie ocalił szkatułkę przez tyle lat i nadal jest ona w dobrym stanie.
A teraz zapraszam do zabawy i kontemplowania piękna zimowych wschodów słońca...
czwartek, 16 stycznia 2020
Nie ma zimy i nie ma kolędników.
Mróz był siarczysty, malował coraz wymyślniejsze kwiaty na małych szybach, w małych, drewnianych oknach. Choć wieczór okrywał granatem cichą wioskę ożywianą jedynie ujadaniem psów, jasność bijąca od śniegu, sprawiała że podwórko tonęło w roziskrzonej bieli przydając uroku skromnej, wiejskiej zabudowie. W ciepłej izbie spełniającej wszystkie funkcje potrzebne do życia czteroosobowej rodzinie, spokojny wieczór został w jednej chwili przerwany donośnym głosem kolęd, któremu wtórował akordeon.
Sprawa była oczywista: przyszli kolędnicy.
Można było ich nie wpuścić do domu, a po odśpiewaniu życzeń, nagrodzić ich stosownym datkiem pieniężnym. Ale bywało, że ktoś z gospodarzy decydował się zaprosić nietypowych gości do środka, a wówczas działo się, oj działo! Razem z mrozem i śniegiem, wpadało do chaty kilku dorosłych mężczyzn i rozpoczynał się prawdziwy, ludowy spektakl.
Kolędnicy byli doskonale przygotowani pod względem aktorskim, posiadali odpowiednie stroje, szopkę, a całość występu przebiegała według starannie zaplanowanego scenariusza.
To było prawdziwe widowisko ze śpiewem i muzyką w wykonaniu akordeonisty- amatora.
Kolędnicy chodzili z turoniem czyli rogatą maszkarą przypominającą tura zamieszkującego niegdyś prastare puszcze.
Turoń miał łeb wyciosany z drewna, oklejony futrem baranim, z prawdziwymi rogami krowimi bądź drewnianymi. Miał ruchomą, kłapiącą szczękę obitą od środka czerwonym suknem, z jęzorem i ostrymi zębami z gwoździ. Łeb turonia osadzony na drągu trzymał ukryty pod derką, zgięty wpół kolędnik. Do izby wprowadzał go dziad odziany w łachmany. Bardzo ważną postacią był Żyd ubrany w czarny chałat z wypchanym garbem, niosący worek pełen starych szmat. Treścią występu był targ dziada z Żydem o turonia, rzekoma śmierć bydlątka, przywracanie go do życia różnymi metodami :-) po których zwierzę wstawało i kontynuowało harce, bodąc domowników ostrymi rogami. Ta symboliczna śmierć maszkary symbolizowała zamieranie i odradzanie się sił natury.
Odwiedziny turonia miały zapewnić domowi dobrobyt i szczęście, o czym świadczyły wypowiadane przez kolędników słowa "Gdzie turoń chodzi, tam się żytko rodzi, gdzie jego stopy, tam rosną kopy."
Kolędzie z turoniem często towarzyszył występ Herodów, który obrazował rządy króla Heroda po narodzeniu Chrystusa oraz jego okrutny rozkaz rzezi niewiniątek. Występ kończył się sceną ścięcia króla przez śmierć i porwaniem go przez diabła.To przejmujące widowisko wzbogacały dodatkowo postaci Trzech Królów, św. Józefa i pastuszków.
Wątki dramatyczne o nurcie biblijnym łączyły się z wesołymi scenami o cechach regionalnego folkloru.
I właśnie takie widowisko odbyło się w naszym starym domu, za zgodą moich rodziców, a ja, kilkuletnia Basia patrzyłam z ogromnym zainteresowaniem i równoczesnym lękiem, bo śmierć z kosą była straszna i turoń był groźny i żyda, którego niebawem zaczął odgrywać mój starszy brat, też się bałam.
Na wsiach żyło wielu utalentowanych ludzi, jak chociażby mój brat, który byłby świetnym kabareciarzem, rymującym " na zawołanie". Niestety, w tamtych czasach wiejskie dzieci miały trudny start w życie i tylko nielicznym udało się zdobyć dobre wykształcenie.
Inni zostawali na roli, bądź szli do murarki, gdzie każdy strop i fundament był suto oblewany alkoholem...
W 2002 roku namalowałam moją rodzinę ( my i nasi dwaj synowie) idącą z kolędą do wiejskiego kościółka...
Dziś nie ma trzaskających mrozów, a kolędnicy pojawiają się jedynie na przeglądach grup kolędniczych.
Dobrze, że od kilku lat dzieci jako kolędnicy misyjni odwiedzają nasze domy, wspomagając swoją kolędą rówieśników żyjących w biednych częściach naszego globu.
Jeszcze świecą się światełka, jeszcze rozbrzmiewają kolędy ( do MB Gromnicznej), ale od Trzech Króli trwają już " zapusty", aż do środy popielcowej.
Pamiątkowy cykl trwa nadal, zapraszam więc na kolejnego posta, wszak wspomnienia i pamiątki tworzą jedność.
Sprawa była oczywista: przyszli kolędnicy.
Można było ich nie wpuścić do domu, a po odśpiewaniu życzeń, nagrodzić ich stosownym datkiem pieniężnym. Ale bywało, że ktoś z gospodarzy decydował się zaprosić nietypowych gości do środka, a wówczas działo się, oj działo! Razem z mrozem i śniegiem, wpadało do chaty kilku dorosłych mężczyzn i rozpoczynał się prawdziwy, ludowy spektakl.
Kolędnicy byli doskonale przygotowani pod względem aktorskim, posiadali odpowiednie stroje, szopkę, a całość występu przebiegała według starannie zaplanowanego scenariusza.
To było prawdziwe widowisko ze śpiewem i muzyką w wykonaniu akordeonisty- amatora.
Kolędnicy chodzili z turoniem czyli rogatą maszkarą przypominającą tura zamieszkującego niegdyś prastare puszcze.
Turoń miał łeb wyciosany z drewna, oklejony futrem baranim, z prawdziwymi rogami krowimi bądź drewnianymi. Miał ruchomą, kłapiącą szczękę obitą od środka czerwonym suknem, z jęzorem i ostrymi zębami z gwoździ. Łeb turonia osadzony na drągu trzymał ukryty pod derką, zgięty wpół kolędnik. Do izby wprowadzał go dziad odziany w łachmany. Bardzo ważną postacią był Żyd ubrany w czarny chałat z wypchanym garbem, niosący worek pełen starych szmat. Treścią występu był targ dziada z Żydem o turonia, rzekoma śmierć bydlątka, przywracanie go do życia różnymi metodami :-) po których zwierzę wstawało i kontynuowało harce, bodąc domowników ostrymi rogami. Ta symboliczna śmierć maszkary symbolizowała zamieranie i odradzanie się sił natury.
Odwiedziny turonia miały zapewnić domowi dobrobyt i szczęście, o czym świadczyły wypowiadane przez kolędników słowa "Gdzie turoń chodzi, tam się żytko rodzi, gdzie jego stopy, tam rosną kopy."
Kolędzie z turoniem często towarzyszył występ Herodów, który obrazował rządy króla Heroda po narodzeniu Chrystusa oraz jego okrutny rozkaz rzezi niewiniątek. Występ kończył się sceną ścięcia króla przez śmierć i porwaniem go przez diabła.To przejmujące widowisko wzbogacały dodatkowo postaci Trzech Królów, św. Józefa i pastuszków.
Wątki dramatyczne o nurcie biblijnym łączyły się z wesołymi scenami o cechach regionalnego folkloru.
I właśnie takie widowisko odbyło się w naszym starym domu, za zgodą moich rodziców, a ja, kilkuletnia Basia patrzyłam z ogromnym zainteresowaniem i równoczesnym lękiem, bo śmierć z kosą była straszna i turoń był groźny i żyda, którego niebawem zaczął odgrywać mój starszy brat, też się bałam.
Na wsiach żyło wielu utalentowanych ludzi, jak chociażby mój brat, który byłby świetnym kabareciarzem, rymującym " na zawołanie". Niestety, w tamtych czasach wiejskie dzieci miały trudny start w życie i tylko nielicznym udało się zdobyć dobre wykształcenie.
Inni zostawali na roli, bądź szli do murarki, gdzie każdy strop i fundament był suto oblewany alkoholem...
W 2002 roku namalowałam moją rodzinę ( my i nasi dwaj synowie) idącą z kolędą do wiejskiego kościółka...
Dziś nie ma trzaskających mrozów, a kolędnicy pojawiają się jedynie na przeglądach grup kolędniczych.
Dobrze, że od kilku lat dzieci jako kolędnicy misyjni odwiedzają nasze domy, wspomagając swoją kolędą rówieśników żyjących w biednych częściach naszego globu.
Jeszcze świecą się światełka, jeszcze rozbrzmiewają kolędy ( do MB Gromnicznej), ale od Trzech Króli trwają już " zapusty", aż do środy popielcowej.
Pamiątkowy cykl trwa nadal, zapraszam więc na kolejnego posta, wszak wspomnienia i pamiątki tworzą jedność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































