Odkąd sięgam pamięcią, ładne elementy nabytej garderoby zawsze wprawiały mnie w dobry humor, ale nie od zawsze można było je mieć.
Rozpoczęcie roku szkolnego zawsze było okazją do zakupu czegoś nowego:-)
Ponieważ urodziłam się w ubiegłym wieku na początku lat sześćdziesiątych, dużą rolę w zakresie mojego " przyodziewku" odegrały krawcowe.
Dziś to ginący zawód, ale kiedyś szyło się wszystko. Ale zacznijmy od początku.
Mała Basia miała kilka pięknych, chińskich sukienek kupionych w Wiejskim Domu Towarowym, w którym jej Mama była ekspedientką. W tamtych czasach chińskie ubranka dla dzieci były szyte z najlepszych materiałów, były śliczne, pięknie wykończone, z ciekawymi dodatkami.
Ale kiedy trzeba było uszyć białą sukienkę do sypania kwiatków pojawiła się w moim życiu pierwsza krawcowa, pani Irena.
Mieszkała w drewnianym domku, nieopodal sklepu, w którym pracowała moja Mama.
P. Irenka nie miała własnych dzieci, wyglądała na wiekową osobę i była bardzo miła.
Spodobały mi się wizyty u niej... od wielu już lat odwiedzam ją na wiejskim cmentarzu...
Gdy zaczęłam się przemieniać w podlotka, chińska odzież była zbyt mała, więc pojawiła się P. Marysia.
Była ekspedientką w sklepie spożywczym, ale miała smykałkę do szycia i " obszywała" mnie na wszystkie szkolne uroczystości.
Ona też uszyła dla mnie suknię ślubną z żorżety " upolowanej" w " peweksie po wielu miesiącach odwiedzania tego typu
sklepów w Polsce południowej.
Kto pamięta rok 1982, wie o czym mówię, bo sklepy świeciły pustkami i nawet peweksy oraz z ogromnym wyrzeczeniem zakupione dolary, nie pomogły w tym zakresie.
Ale P. Marysia zakończyła przygodę z szyciem i musiałam poszukać kolejnej krawcowej.
P. Marysię też już odwiedzam na tym samym co P. Irenkę, cmentarzu...
Kolejny wybór padł na sympatyczną P. Jasię, która starała się sprostać moim modowym projektom.
Przez kilka lat to właśnie ona spełniała moje marzenia.
Kiedy poszłam do pracy w Gorzycach dowiedziałam się, że w tejże miejscowości, kilka lat młodsza ode mnie Danusia, zgłębiła tajniki szycia od swojej mamy.
Danusia potrafiła wyczarować wszystko, co mi się zamarzyło. Wiedziała co trzeba ukryć w mojej figurze, a co wyeksponować.
Moje garsonki, sukienki, bluzki i spódnice były oryginalne, niepowtarzalne i na każdą większą uroczystość szyte na " wczoraj".
Kiedy Danusia wyszła za mąż, ze względów rodzinnych zarzuciła ten rodzaj pracy.
A ja odkryłam Agatkę, równie zdolną, sympatyczną i szaloną w tym temacie jak ja.
Agatka szyła mi nawet na " przedwczoraj" :-)
Moje " ciuszki" nie były markowe, niewiele mnie kosztowały, ale były śliczne i niepowtarzalne.
Z Agatką też " oszukiwałyśmy" ludzi tak, że dawali mi o dwa rozmiary mniej niż było w rzeczywistości.
Ale Agatka wyjechała z rodziną do USA, dla mnie to było straszne rozstanie.
Na szczęście Danusia powróciła do krawieckiego fachu, a ja wróciłam do Danusi.
I znów były kreacje, pomysły, przeróbki i kombinacje, wszystko za nieduże pieniądze, z dużą dawką radości.
No i nadszedł czas, gdy Danusia powiedziała, że koniec z szyciem kreacji, najwyżej może mi coś przerobić, czas zrobił swoje, obie jesteśmy babciami:-)
I znów coś się powtarza.
Moja Mama w swej starości nie akceptowała ubrań wykonanych z byle jakich materiałów, niedbale uszytych, tęskniła za tymi, które były kiedyś...
Ja też nie akceptuję ubrań co mają pasować na każdego, " pasuje od 36 do 44", jak mówi opis.
Nie akceptuję seryjnych sukienek, sweterków które kulkują się od samego patrzenia na nie:-)
Nauczycielska emerytura nie pozwala mi bywać tam, gdzie ubierają się ludzie bardzo zamożni.
Ale nie cierpię z tego powodu.
Wyciągam moje fatałaszki z szaf, coś przerobię, coś doszyję, przypomnę sobie historię związaną z każdym z nich.
Jak chociażby ten żakiecik, ciągle dobry, w którym przed 25 laty jako dyrektor Gimnazjum wraz z Wójtem witałam Cudowny Obraz MB Częstochowskiej w naszej parafii.
Każda rzecz ma przecież swoją historię...
Tym wspomnieniem chcę podziękować osobom, które " nie stały na świeczniku", ale swoją rzetelną pracą sprawiały innym codzienne radości, przy okazji ciężko pracując na utrzymanie rodziny.
Dziękuję moim wspaniałym Krawcowym, dzięki którym mogłam zawsze elegancko wyglądać i mieć dobre samopoczucie, co w ścisły sposób przekłada się na atmosferę w pracy.
Moje wspomnienia współgrają z końcówką wakacji, które spędziłam wraz ze swoimi Wnukami w scenerii SIEDLISKA, jak to określił prof. Święch będąc w komisji konkursowej w trakcie oceniania prac " Malowanej Chaty".
Kocham to nasze " siedlisko", a w oknie starej chatki zawsze migocze płomyczek lampki by mi przypominać o Tych, co odeszli do innego świata.
Wszędzie sieją się " panienki", a ja dziękuję za każdy dzień utrudzenia pośród rozlicznych zajęć.
Wylosowałam też dziś " bożą krówkę" i taki oto cytat znalazłam na wewnętrznej stronie opakowania:
" Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka" / św. Jan Paweł II /
Te słowa powinny zawisnąć w każdym domu i w każdej szkole żeby " kłuły oczy"...
Ze szkołą jestem związana poprzez swoją pracę oraz czwórkę Wnucząt uczęszczających do szkół podstawowych.
Jak co roku, od lat, 1 września rozpocznę od uczestnictwa we Mszy św. bo nie jest łatwo współczesnym uczniom odnaleźć się w tym labiryncie ofert i zdarzeń.
Wszystkim Uczniom życzę systematyczności, wytrwałości i spotkania ofiarnych nauczycieli.
Wszystkim Nauczycielom i Pracownikom szkoły życzę sił i wytrwania w odpowiedzialności wychowania powierzonych dzieci na mądrych i dobrych dorosłych ludzi.
Wszystkim szkolnym Emerytom życzę realizacji życiowych pasji i choć czasem spotkania się z wdzięcznością dawnych podopiecznych.
Niech nadchodzący rok szkolny będzie bezpieczny dla Wszystkich.

































































