czwartek, 14 stycznia 2021

Opowieść o wiewiórce, która uciekła z domu.

Styczniowy poranek budzi świat do życia. Świeży, ciężki śnieg grubymi płatkami osiada nawet na cienkich gałązkach.
Jest jak w baśni...
Wyczuła to chyba młoda wiewióreczka i korzystając ze snu rodziców uciekła z przytulnego domostwa, które od lat urządzają sobie wiewiórki na strychu naszego starego domu.
Dostrzegłam ją przez okno mojego pokoju, w którym mam komputer. Zaczynałam właśnie pisanie nowego posta, ale zachwycona niezwykłą zabawą Basi ( na pewno tak ma na imię) zmieniłam opowieść.
Widok był niesamowity. Mała, ruda wiewióreczka, z ogonem lżejszym od kilku śniegowych gwiazdek, wyrwana spod kurateli rodziców, urządziła sobie śniegowy taniec. Z nadzwyczajną lekkością pokonywała niezliczone ilości " gałęzianych" tras i stoków, baraszkowała w śniegu robiąc fikołki, zawijasy i inne akrobatyczne figury, których nie jestem w stanie opisać. Spadający śnieg czynił ją na moment białą, ale jej żywiołowość natychmiast pozbywała się białej pierzynki. Szalona zabawa, którą oglądałam jak urzeczona, była typowa dla zabaw wszystkich dzieci, dla których wolność, igraszki na śniegu, są źródłem niezmąconego szczęścia.
Po kilku minutach tego zimowego szaleństwa, Basia uznała, że rodzice mogą zauważyć jej nieobecność w domu i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Szkoda, że telefon komórkowy na tej odległości odmawia filmowej współpracy, dlatego musicie się zadowolić moją opowieścią.

Ta starsza Basia, bez uciekania z domu, wykonała trochę pamiątkowych zdjęć na wypadek gdyby zima sobie odeszła jak moja wiewiórka:-)
I zaczyna opowieść, od której tak naprawdę, miała zacząć...

60 lat temu moja Mama zapewne już się przygotowywała do porodu, wszak pozostał jej tylko miesiąc. Mała wioska bez elektryczności, podstawowych wygód, odcięta śniegami od świata, mogła wówczas budzić lęk i obawy. Drewniany domek, z jedną izbą do dyspozycji młodej rodziny, z oknami ciągle malowanymi przez mróz, bez łazienki, nie napawał optymizmem. O pampersach nikt nie słyszał, a tetrowe pieluszki gdzieś trzeba było wysuszyć. Większość współczesnych mam nie poradziłaby sobie w takich warunkach, ale tamte kobiety były silne, bo nie miały innego wyjścia, jak być silnymi.
Karetka pogotowia nie docierała zimą do wioski z powodu ogromnych zasp i niewyobrażalnie wyboistych dróg. W takiej sytuacji jedynym ratunkiem były sanie i życzliwość sąsiada, który takowy zaprzęg posiadał. A że Pan Czesiu był życzliwy, a jego klacz Baśka nawykła do trudnych warunków, Mama mogła liczyć na taką pomoc i tak się zresztą stało nim ostatni miesiąc oczekiwania na Dziecię dobiegł końca.

Podwórko naszego domostwa wyglądało wówczas zupełnie inaczej.
W miejscu naszego sado- ogrodu, który tak często gości na tym blogu, rosły truskawki poddziobywane przez wiejskie kury.
Ilekroć prawdziwa zima zagląda do okien, wyobrażam sobie tamten czas i i tamto oczekiwanie.
Potem wędruję myślami w kolejny etap naszej historii, bo podobnie jak Mama i ja rodziłam obu Synów w lutym, a w mojej wiosce wówczas wielu zmian nie było w stosunku do owej pamiętnej zimy przełomu 1960 i 1961 roku.
Zatem jest co wspominać...moje dzieci dawno już weszły w dorosły świat, a o sobie nawet nie wspomnę:-)
Tylko wioskowy Chrystus pamięta dzień wyjazdu mojej Mamy do pobliskiego szpitala ponieważ jest pięć lat starszy ode mnie.
Skoro w moich opowieściach jest tak dużo zimy, postanowiłam, że na 60- urodziny autorki bloga (obchodzącego w tym samym dniu swoje ósme urodziny), podaruję chętnej Osobie zimowy pejzaż. Proszę tylko o wyrażenie chęci pozyskania takiego obrazu w komentarzu pod tym postem.
Macie czas do 14 lutego, bo 15, tuż po losowaniu, opublikuję wyniki. I tu nasuwa się taka  prośba: jeśli komuś obdarowanemu nie spodoba się mój obraz lub znudzi po jakimś czasie, można go podarować innej osobie, takiej którą ucieszy. Nawet można mi to powiedzieć i nie sprawi mi to przykrości, wręcz przeciwnie, ucieszy, że ktoś, gdzieś, zawiesi mój obraz. Tak się przyjęło, że prezentów nie można przekazać innej osobie, lepiej wrzucić do piwnicy, czy schować za szafę. A tymczasem prezent nietrafiony dla kogoś, może stać się miłą niespodzianką dla innej osoby. Z darami ode mnie tak możecie postępować bez cienia wątpliwości.
Wracając do obrazu, przedstawia on zimowy pejzaż malowany farbami akrylowymi na płótnie o wymiarach 40 na 50 cm, z zawieszką i pomalowanymi bokami. Kto lubi ramy, może go oprawić np. w szerokie, stare srebro.
Duże mrozy, prognozowane na najbliższe dni nie są mi straszne, ponieważ mój najstarszy Wnuk wykonał dla mnie w przedszkolu piękny, zimowy komplet, a ja takie dary wyjątkowo cenię.
Przy tym potężnym, uśmiechniętym " panu", nawet sześćdziesięciolatka wygląda radośnie.
W oczekiwaniu na Wasze komentarze żegnam się do następnego napisania.

niedziela, 10 stycznia 2021

To dobry czas żeby wspomnieć Rodziców Chrzestnych.

Dziś niedziela Chrztu Pańskiego kończąca w kalendarzu liturgicznym okres Bożego Narodzenia.
To również czas wspomnienia własnego chrztu świętego, z którego niestety, zdjęć nie posiadam.
Nic też nie mogę pamiętać poza anegdotką przekazaną mi przez Mamę, że syn mojej chrzestnej matki, trzyletni wówczas Andrzejek w pewnym momencie wzniósł toast, wołając gromko " a teraz wypijmy zdrowie tej małej krupeczki".
Z racji wspomnienia tego dnia, pomyślałam, że rodzice chrzestni powinni pozostawać we wdzięcznej pamięci swoich chrześniaków.
W moich okolicach, ludzie mocno wierzą w to, że dziecko może się " wrodzić w swoich chrzestnych".
Po dłuższym namyśle stwierdzam, że dużo w tym prawdy, bo zazwyczaj tę rolę pełnią członkowie najbliższej rodziny, a więc genetyka " działa". Wspominając dziś moich chrzestnych, zastanawiam się jakie cechy mogłam po nich odziedziczyć?

Ciocia Kazia była osobą niezwykle pogodną i chyba przekazała mi radość życia.

Wujek Janek bardzo lubił " dobrze się ubierać", dbał o wyposażenie swojej garderoby.
Myślę, że mam to po nim.

Chrzestnych wspominam bardzo dobrze, również z innych powodów, bo zawsze byli mi bliscy, a teraz gdy ich nie ma tu na ziemi, obejmuję ich modlitewną pamięcią.

Na pewno pamiętacie, że lubię niespodzianki:-)
W poprzednim poście poprosiłam Was o komentarz dotyczący darów, jakie Waszym zdaniem, można zanieść Dzieciątku.
Część z Was odpowiedziała na to pytanie, za co serdecznie dziękuję, bo cieszą mnie takie komentarze. Wśród tych Osób wylosowałam tę, do której w nagrodę poleci Aniołek Nadziei, dziś ukończony.
A trafi on ( tak chciał los) do Agnieszki z bloga https://odnowionaja.blogspot.com/

Aniołkowi będzie tam na pewno dobrze:-) W takiej Rodzinie nie może mu być inaczej!
A tymczasem u mnie zakwitają wiosenne kwiaty, czyli czerwone hiacynty
i kwitnie już od dłuższego czasu azalia.
Z czego radośnie śmieje się bałwanek stworzony przez Wnuków.
Z niego, z kolei śmieją się " zimowe" stokrotki, ale śmiech to samo zdrowie.
Z pogodnym uśmiechem żegnam się z Wami do następnego posta.

wtorek, 5 stycznia 2021

Tej legendy nie znałam.

Kilka lat temu opowiadałam Wam legendę o czwartym królu, który nie zdążył do Żłóbka bo był zajęty czynieniem dobra w trakcie wędrówki do celu.
Dziś chcę wam opowiedzieć inną legendę, którą w XIII w. zasłyszał Marco Polo, zapisał, a ja ją powtarzam, bo w święto Trzech Króli warto.
Legenda pochodzi z Persji, z okolic miasta Sawa, skąd wyruszyli trzej Magowie by oddać pokłon Dzieciątku. Tam też zostali później pogrzebani " w trzech wielkich i pięknych grobowcach".
Mieszkańcy pobliskiego zamku ognia opowiedzieli słynnemu podróżnikowi historię tamtej wędrówki.

Biorąc ze sobą dary, Mędrcy chcieli się przekonać, co wybierze Dziecię, jeśli złoto- jest królem ziemskim, jeśli kadzidło- jest Bogiem, a jeśli mirrę- jest mędrcem.
Gdy przybyli na miejsce, wchodzili osobno i każdemu z nich wydawało się, że Dziecię jest w jego wieku, a sami mocno różnili się wiekiem.
Postanowili więc, że wejdą do Groty razem i wówczas zobaczyli kilkunastodniowe Niemowlę.
Dziecię przyjęło wszystkie dary, utwierdzając ich w przekonaniu, że jest Bogiem, Królem i Mędrcem i podarowało im zamkniętą puszkę, którą otworzyli w drodze powrotnej ze zdumieniem odkrywając, że kryje ona w sobie zwyczajny kamyk.
Nie zrozumieli jednak przesłania, że ów kamień dany jest im po to by wytrwali w mocnej jak kamień, wierze.
Wrzucili go zatem do studni, jako nieprzydatny przedmiot i wówczas ze studni buchnął słup ognia. Zrozumieli wtedy, że kamień miał wielkie i święte znaczenie i żałowali, że tak łatwo go stracili. Będąc pod wrażeniem cudu, wzięli trochę ognia, zanieśli go do swojej ojczyzny, złożyli w pięknym kościele i podtrzymywali, by nigdy nie zgasł.
I ogień ten nigdy nie gaśnie...

Takiego pięknego i trwałego żaru w sercach nam dziś szczególnie potrzeba.

Dla uczczenia  Święta Trzech Króli wykonałam grafikę i zadam Wam pytanie, jeśli ktoś zechce, proszę, niech odpowie na nie w komentarzu.
Ówcześni Królowie zanieśli Dzieciątku złoto, kadzidło i mirrę.
Gdyby każdy z nas mógł zanieść tylko jeden dar, to co wybralibyście jako dar najważniejszy?

Zimowe słońce potrafi grać w kolory...

A ponieważ święto Trzech Króli kończy czas Bożego Narodzenia ( dobrze, że w polskiej tradycji ten okres śpiewania kolęd przesuwa się się aż do Gromnicznej ), pokażę Wam cudeńko świąteczne, które dostałam od pewnej Osoby, niezmiennie podziwiając talenty w tym zakresie.
Dodam, że Żłóbek jest posadowiony na trzech szydełkowych bomkach, co dodaje całości niezwykłego uroku.
Na świąteczny dzień proponuję podkówki orzechowo- kardamonowo- cynamonowe, szybkie, smaczne i ...kaloryczne, niestety.
Gdyby się ktoś skusił, to wystarczy zarobić ciasto, schłodzić w lodówce, formować wałeczki, ciąć i skręcać podkówki, piec krótko.
A na ciasto potrzeba: 2 szkl. mąki, 1/2 szkl. cukru, 3/4 szkl. mielonych orzechów, 1 margaryna, 1/2 łyżeczki kardamonu i 1/2 łyżeczki cynamonu.
I tym ostatnim o charakterze świątecznym poście, żegnam się dziś z Wami.

środa, 30 grudnia 2020

W kolędowym klimacie na koniec odchodzącego roku.

Datę 31 grudnia zawsze uważałam za symboliczną, wiadomo, kiedyś musi kończyć się rok miniony, a zaczynać następny.
Może właśnie dlatego nigdy nie robiłam podsumowań starego, nie planowałam nowych postanowień.
Jedyną powtarzaną w tym dniu  przez wszystkie lata, czynnością, jest uczestnictwo w uroczystej Mszy św. będącej podziękowaniem za wszystko, co mnie w odchodzącym roku spotkało. Tak będzie dokąd zdrowie pozwoli, by pójść do kościoła, a potem zostanie możliwość wykorzystania internetowego przekazu, co dla wielu osób w dzisiejszych czasach jest wielką pomocą.
Ten czas jest okazją do śpiewania kolęd, których jest całe mnóstwo, a które w naszym ojczystym, tradycyjnym wydaniu brzmią wyjątkowo.
Pośród starych kartek z życzeniami, odnalazłam tę, przysłaną w 1965 r. z dalekiej " Ameryki", jak się u nas mawiało, przez rodzinę, która z naszej wioski wyemigrowała " za chlebem".
Karteczka jest u nas od 55 lat i stanowi przypomnienie tamtych dziecięcych, biednych, ale szczęśliwych lat. Gdy byłam małą dziewczynką, wyobrażałam sobie, że chłopcy- ministranci w pięknym kościele wyśpiewują kolędy, nawet słyszałam ich wysokie głosy o delikatnym brzmieniu.
Najchętniej słyszałabym kolędę " Lulajże Jezuniu", bo ona właśnie, moim dziecięcym zdaniem najbliższa była Maleńkiemu Dzieciątku.
Znamy teksty wielu kolęd, ale zazwyczaj tylko kilka pierwszych zwrotek, a tymczasem każda z nich ma kontynuację, którą warto choćby przeczytać. Słowa mojej ulubionej kolędy pochodzą z XVII w i są wyjątkowo " słodkie".


"Dam ja Ci słodkiego, Jezu, cukierka
rodzynków, migdałów z mego pudełka.
Lulajże, Jezuniu lulaj, że lulaj
A ty go matulu w płaczu utulaj".

Aniołowie z akwarelki, którą namalowałam dla Koleżanki z pracy, ceniącej sobie wielce drobne gesty pamięci, wyśpiewują chwałę Narodzonemu z wielkim zaangażowaniem.
Na pewno wiele Osób czytających tego posta, lubi śpiewać kolędy i pastorałki, każdy ma sentyment do innych, a jest w czym wybierać, bo w ojczystym języku jest ich ok. 500.
Najstarsza z nich pochodzi z pierwszej połowy XV wieku, a jest nią: „Zdrow bądź, krolu anjelski”.
Dziękuję Tym, którzy w komentarzach pod poprzednim postem podzielili się swoimi upodobaniami kolędowymi.

W swoich pocztówkowych zbiorach odnalazłam świąteczną kartkę od Armanda z Meksyku, z którym korespondowałam jako kilkunastoletnia dziewczyna by poszerzyć znajomość języka angielskiego, wszak dostęp do nauki języków w latach siedemdziesiątych był mocno ograniczony, zwłaszcza dla dzieci wiejskich. Pocztówka ma ponad 40 lat i jakże jest inna od naszych świątecznych kartek.

Zimowy czas daje nam w prezencie urokliwe widoki nieba o poranku.
A zimowe wieczory dają więcej możliwości czytelniczych. Znów powróciłam do jednej z moich ulubionych Autorek, która tym razem prowadzi nas przez zawiłości ludzkich dróg pokazując w jakim stopniu niektóre decyzje naszych przodków wpływają na losy kolejnych pokoleń.
Miłość od zawsze była przedmiotem literackich rozważań, a w tym przypadku okazała się być choć niezłomną, to bardzo brzemienną w skutki. Więcej nie napiszę, powiem tylko tyle, że przeczytać warto.
Zaś za życzenia świąteczne serdecznie dziękuję Agatce https://aggajas.blogspot.com/
Miałam 7 lat gdy w prezencie od Rodziców dostałam " Dziadka do orzechów".
Moje Wnuki są jeszcze zbyt młode na tę lekturę, ale ona spokojnie na nich czeka, być może, że i ja po nią niebawem sięgnę.
W ten czas przechodzenia z jednego roku w drugi, życzę Wam spokoju i ufności wobec nadchodzących dni, mocnej wiary w siłę dobra i piękna, solidnego zdrowia, powrotu do normalności oraz umiejętności radowania się z codziennych, drobnych chwil szczęścia.
Warto pamiętać, że w dniu 1 stycznia Kościół obchodzi najstarsze Maryjne święto, Bożej Rodzicielki, która zostaje ukazana ludziom jako najdoskonalsze stworzenie, a zarazem jako pierwsza z tych, którzy skorzystali z darów Chrystusa.
W tym świątecznym nastroju pozostając, spoglądam z nadzieją w nadchodzące dni, czego i Wam jeszcze raz życzę...



niedziela, 20 grudnia 2020

Przedświąteczne zamyślenia.

 

Wierzę, że wybrałeś Betlejemską Stajenkę
zamiast kosztownych pałaców
widać, miłość odbija się lepiej od pustych ścian
wierzę, że byłeś Dzieckiem roześmianym u stóp Matki
skoro teraz dzieciom każesz przychodzić
wierzę, że czyniłeś cuda wśród głodnych Twej Miłości
przecież dziś robisz to samo...
wierzę, że się bałeś, tak jak my się boimy
więc dajesz nam szczyptę odwagi
wierzę, że umarłeś za mnie
bym mogła każdego dnia powstawać na nowo
wierzę też, że mnie kochasz
dlatego biegnę ze swą maleńką miłością do Ciebie...

W moim domu jest mnóstwo aniołów i w mojej twórczości jest ich też wiele.
Anioł, którego namalowałam niedawno na licytację, gra kolędę, moją ulubioną " Cichą noc", a u nowej Właścicielki być może gra inną- a jaka jest Wasza ulubiona kolęda i dlaczego ta, a nie inna? napiszcie proszę w komentarzach do tego posta.

Ten Anioł z drewna oliwnego przed kilku laty przybył do nas z Betlejem, wraz z dedykacją i modlitwą, która wyprosiła nam ogromną łaskę. Nie muszę pisać, jak bardzo jest mi bliski, bo pośredniczył w cudzie...
Każda dekoracja świąteczna ma swoją wymowę i kojarzy się z konkretną Osobą ofiarodawcy.

Święta Bożego Narodzenia są w nas, w naszych sercach, w naszych gestach, w naszej ludzkiej życzliwości i chęci dzielenia się z innymi.
Za kolejne życzenia, za które bardzo dziękuję i które zawsze sprawiają mi radość, jestem wdzięczna Eluni https://rekodzieloeluni.blogspot.com/, twórczyni oryginalnych i pięknych karteczek,

Karolince https://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/za kartki i życzenia sercem pisane ( niestety pierniczki zniszczyły się podczas pocztowych zawirowań)

i wspaniałej Magdalence z dalekich Niemiec (te prezenty mają ogromną wymowę)
Mróz maluje ostatnio więcej niż ja i znacznie piękniej:-)
Ja natomiast zajmuję się kuchnią i rozpoczęłam wigilijne przygotowania. Na pierwszy rzut poszły pierogi, oczywiście tylko z białej, ugotowanej kapusty, pięknie wysmażonej na masełku z cebulką i pieprzem.

A skoro choinka już kilka dni temu przystrojona, bo we mnie jest dużo z dziecka i nie mogę czekać do wigilii, pragnę Wam złożyć życzenia by się spełniły Wasze świąteczne i noworoczne pragnienia.
Niech prawdziwa Miłość płynąca z ubogiego Żłóbka opromienia i ubogaca Wasze serca.
Bądźcie szczęśliwi, każdy na swój sposób i na swoją miarę...



środa, 9 grudnia 2020

To był radosny czas przygotowań.

Zawsze było podobnie. Próby trwały od listopada. Od początku grudnia ruszała prawdziwa machina przygotowań do Wigilijnego Spektaklu. Pracowali wszyscy, każdy na innym polu. Społeczność szkolna i społeczność lokalna. Ileż tam było trudu i ile radości.
Na kilka dni przed prawdziwą Wigilią, ożywała nasza- szkolna. Wszystkie krzesła, z całego budynku szkolnego, a nawet ławeczki z sali gimnastycznej były zajęte. Panie Kucharki i aktywne Mamy Uczniów przygotowywały smakowite dania postne, a widzowie z niecierpliwością czekali na kolejny spektakl. Każdego roku wydawało się, że piękniej już być nie może, a w następnym roku wszyscy zgodnie powiadali, że było jeszcze piękniej.
Przez 20 lat pojawiałam się na scenie po gromkich brawach dla Aktorów by spontanicznie dziękować i życzyć...Byłam szczęśliwa, że pracuję z takimi ludźmi i mam takich Uczniów.
Wszyscy składali sobie życzenia, łamiąc się opłatkiem i wyrażając swą serdeczność i bliskość, nie myśleli o wirusach i bakteriach, było normalnie i naturalnie.
Gdy "przywódcy" zdecydowali, że koniec z gimnazjami, przekazałam tę tradycję społeczności szkoły podstawowej, której tylko jeden raz było dane kontynuować nasze dzieło, później były tylko maseczki, obostrzenia i lęk przed zbliżeniem się do drugiego człowieka.
Po co zatem jest mój dzisiejszy post?
Szczególnie po to, by we wspomnieniach przekazać wdzięczność Osobom, które już nigdy w podobnym spektaklu nie wezmą udziału. I nie będzie to post przepełniony smutkiem, choć między wiersze i on się wkradnie. Bedzie to raczej post pełen podziękowań i zwrócenia uwagi jak ważny i potrzebny jest każdy człowiek.
A poniżej zamieszczam zdjęcie jednej z pierwszych Wigilii, których atmosfera na zawsze pozostała w naszych sercach.

A więc: nie ma wśród nas:
ks. Proboszcza Jana, który błogosławił opłatki i zawsze nawiązywał w swym wystąpieniu do myśli przewodniej spektaklu,
p. Marka, który przygotowywał oświetlenie scen z odpowiednimi efektami,
druha Czestera, który organizował ekipę do prac " na wysokościach",
p. Zbyszka, którego wysłużona szkapa miała za zadanie dowieźć scenę za każdym razem na nowo montowaną na sali gimnastycznej,
dra Edwarda i jego żony p. Stanisławy, którzy wspomagali nas przed wieczerzą finansowo, a w ciągu całego roku czuwali nad nami pod względem medycznym,
p. Izabeli, wspaniałej matki jedenaściorga dorosłych już dzieci, która wręczała mi zawsze świąteczny stroiczek, żeby pokazać jak bardzo cieszy się z zaproszenia,
dra Mieczysława, co naszą szkołę stawiał innym za wzór, choć nie pochodził stąd, a moje wiersze uparcie promował,
p. Tosia, co przyjeżdżał z bardzo daleka, by zobaczyć co też tego roku przygotowaliśmy,
p. Jadzi, która po spektaklu pisała piękny wiersz,
Michała, który lubił występy, a jego marzeniem było zostać księdzem ( dane mu było odprawić trzy msze św. w swym krótkim życiu),
Szymona, który bywał ślicznym pastuszkiem, a tragiczny wypadek w pracy zakończył jego młode życie,
p. Hani, która nazajutrz po spektaklu odbierała od nas złożone produkty żywnościowe, by w ramach Caritas dostarczyć je najbardziej potrzebującym rodzinom,
p. Romy i p. Irenki, które z wielkim pietyzmem uczestniczyły w naszych przedstawieniach, na długo zachowując w sercu ich treści,
biednego, samotnego Stasia, który cieszył się, że może zabrać do domu torby pełne makowca i świec, które z upodobaniem jemu właściwym, wyciągał ze stroików,
i Wszystkich Innych, którzy z nami bywali, by w tamtych dwudziestu latach cieszyć się atmosferą zbliżających się Świąt.

W tym trudnym czasie otrzymałam bardzo dużo życzeń imieninowych, które były szczere i stanowiły wyraz pamięci i troski.
Bardzo za nie dziękuję, za każdą ich formę i treść.
Smutek z powodu przeżyć, odciągnął w czasie moje podziękowania, dlatego proszę o zrozumienie tego opóźnienia.
Dziś dziękuję zarówno za życzenia imieninowe, jak również świąteczne.
Wszystkie karteczki zawieszam na moim " wystawowym oknie" by patrzeć na nie przez cały okres świąteczny.
Do niektórych życzeń są dołączone wspaniałe upominki, one bardzo radują moje serce.
W kolejności otrzymania przesyłek, dziękuję Ani ( wspaniała zakładka już mi towarzyszy Aniu) http://iwanna59.blogspot.com/

Małgosi https://papierowy-jarmark.blogspot.com/
Jeszcze raz dziękuję Małgosi X ( moja zbytnia śmiałość zrobiła Małgosi trochę zamieszania bo tak mi się spodobała kartka z aniołkami, że o nią poprosiłam, nie wiedząc, że inna, równie piękna jest już w drodze do mnie. Małgosia, po otrzymaniu tego wpisu, szybciutko wykonała prawie identyczną drugą karteczkę ( na zdjęciu, z lewej) i przysłała wywołując przy tym we mnie ogromne wzruszenie- znacie to Wszyscy z blogowej Rodziny)
I serdecznie dziękuję Elżbietce https://elizaart-handmade.blogspot.com/za to śliczne Maleństwo z choinką ( z prawej)
Dziękuję serdecznie Marylce, również za upominek, który bardzo mnie ucieszył, http://weekendowerobotki.blogspot.com/
i raz jeszcze Ismenie, bo systematycznie , zgodnie z poleceniem, otwieram nadesłane mi wcześniej karteczki http://szimena.blogspot.com/
Bardzo dziękuję Wam wszystkim za wszelkie słowa otuchy, wsparcia i pocieszenia, w czasie, gdy łzy cisną się same do oczu i rozum przegrywa każde starcie z sercem.
Dobre słowo jest zawsze balsamem...więc dziękuję, pamiętam i jestem wdzięczna, bo kolejna Osoba z bliskiej Rodziny walczy o życie.
Oby nic złego nie dotykało Was i Waszych Bliskich, a Wszystkim, którzy czytają tego posta życzę zdrowia i spokojnych dni...