niedziela, 19 lipca 2026

Koloryzowanie dawnych wspomnień.

Na brak aparatu fotograficznego w czasach mojego dzieciństwa i młodości utyskiwałam już wielokrotnie, więc tego czynić już nie będę
i postaram się słowami namalować obrazy, których nie ma na kliszach.
Ismena, która potrafi cudownie tkać swoje wspomnienia, sprowokowała mnie ostatnim swoim postem do snucia "opowieści pociągowej".
I chociaż mój dom był oddalony o 5 km drogi od najbliższej stacji PKP, to jednak pociąg z konieczności wpisał się w moją pamięć.
A im człowiek starszy, tym mocniej koloryzuje dawne wspomnienia.
" Szczucinka" czyli pociąg pasażerski kursował w latach 1906-2000 na trasie niespełna 50 km od Szczucina do Tarnowa przez Dąbrowę Tarnowską i Żabno.
Dla licznej grupy robotników pracujących po 2. wojnie światowej w niedomickich i tarnowskich zakładach przemysłowych był przez wiele lat jedynym środkiem transportu. Tzw. autobusy robotnicze zostały uruchomione w późniejszych latach.
" Szczucinka" była również zbawienna dla uczniów uczęszczających do szkół średnich, a mieszkających w miejscowościach, przez które przebiegały tory.
Na autobusy nie można było liczyć, ilość kursów i miejsc była niewspółmiernie mała do lokalnych potrzeb. Nawet w pociągu o kilku piętrowych wagonach brakowało miejsc siedzących.
Dla nas młodych nie stanowiło to problemu. 
Na trasie Olesno- Dąbrowa Tarnowska nie opłacało się siadać, ale już podróż do Tarnowa trwała dłużej.

Przez cały okres studiów takim składem jeździłam do Tarnowa, a następnie z Tarnowa do Krakowa już zupełnie innymi pociągami
( zdjęcie z zasobów internetowych).
W miesiącach " niezimowych" na stację PKP w Oleśnie przywoził mnie, a w drodze powrotnej do domu, przyjeżdżał po mnie motocyklem mój Tato lub Brat.
Ale w zimowych miesiącach trzeba było przez 5 km nieść bagaże ( z trudem wypożyczone na ograniczony czas skrypty i uczelniane podręczniki oraz zamkniętą w słoikach żywność na kolejne dwa tygodnie studenckiego wyżywienia).
Nikt nie narzekał, możliwość zdobywania wiedzy na studiach dziennych w Krakowie rekompensowała wszystkie trudy i budziła powszechne uznanie w środowisku lokalnym.
W pociągu spotykali się nieliczni studenci z okolicznych wiosek studiujący w Krakowie. 
To były również towarzyskie spotkania, w dobie braku telefonów, każda rozmowa i spotkanie były radością. 
W czasach wcześniejszych, licealnych, pociąg towarzyszył nam nie tylko w drodze. 
Jako ciekawostkę podam fakt, że mieszkający blisko torów koledzy nie przychodzili na odległą stację, bowiem maszynista zwalniał pęd maszyny w polach do takiej prędkości, że tamtejsi młodzi pasażerowie wskakiwali w biegu ( dziś sytuacja niewyobrażalna).
Nasz ogólniak, równie stary, był usytuowany blisko torów. Ziemne boisko sportowe od torów kolejowych oddzielała tylko siatka.
Na długich przerwach zasiadaliśmy grupami na trawniku, a jeśli za sterem maszyny był młody pracownik, zwalniał, trąbił i uśmiechał się do jeszcze młodszych dziewcząt:-)
Część bardziej " luzackich" uczniów wybierała okolice torów kolejowych na wagary.
I jak tu nie wspominać tych odległych w czasie chwil.
Dziś stacyjne budynki są mocno zniszczone, ale całkiem poważnie mówi się o reaktywowaniu " Szczucinki".
 Póki co, raz w roku pojawia się kurs retro na trasie Tarnów- Żabno, gdzie tory nie zdążyły się jeszcze zakrzaczyć.
Pojawienie się pociągu retro budzi sporo sensacji i ma swoich zwolenników.
Ileż rozmów odbyło się na poczekalni i przy torach w oczekiwaniu na pociąg...
Pozostały wspomnienia, które z czasem przybierają kolorowe barwy i pozwalają puścić w niepamięć zmęczenie,
zmarznięte nogi w przemoczonych na polnych drogach, butach, przeciążone ręce od dźwigania niewygodnych bagaży.
Dobrze, że pamięć pozwala wybierać to, co dobre...
Skoro lipiec minął półmetek, to prezentuję część moich lilii, które mimo wiosennych zmagań z aurą ocaliły wiele piękna.
Ich różnorodność i rozmieszczenie w różnych częściach ogrodu, sprawia, że nieustannie się nimi zachwycam.
A poniżej lilie u Bł. Karoliny w Wał- Rudzie, gdzie tak często i z radością  spotykam się z naszym Maksem bo łączy nas wiele wspólnych wartości...
Pozdrawiam serdecznie, również z tego wyjątkowego miejsca przed chatą Karolinki.

piątek, 3 lipca 2026

Rozdzielona pomiędzy dwie świątynie...

 Najpierw szło się błotnistą drogą ok. dwóch kilometrów, a po wyjściu na drogę asfaltową jeszcze ponad trzy. Czasami " ucinaliśmy" sobie drogi, zamiast iść koło " Świętych", skracaliśmy drogę idąc przez zagajnik, choć tam, na odludziu było trochę " straszno".
Jak głosił przekaz słowny, obok mostka rozstrzelano w czasie drugiej wojny światowej żydowską kobietę.
Na naszym terenie wówczas siał postrach Guzdek, kat Powiśla, który zabijał bez powodu. Więc każda opowieść miała swoje uzasadnienie.
Ten prawie ostatni odcinek drogi do kościoła był prosty. Otoczony urodzajnymi polami, z jednym tylko gospodarstwem po drodze.
Już z daleka rysowały się dwie wysokie wieże kościoła, piękne i dostojne. 
Szliśmy gromadką, więc niestraszny był nam zmierzch, tylko buty czasami wyrządzały stopom niepotrzebne szkody.  

Moje wyprawy traktowałam jako pewien obowiązek szkolny, bo szkoła podstawowa należała do parafii Otfinów i tam byłam zobowiązana do uczestnictwa w przygotowaniach do I Komunii Świętej.
Nie byłam tym zachwycona bo nasza rodzinna wioska należała do parafii Olesno i tam był " mój" kościół.
W podobnej sytuacji znaleźli się po latach moi synowie, ale wtedy już były samochody:-)
Do tego samego  kościoła uczęszczał w czasach dzieciństwa mój mąż, ale wtedy nigdy się nie spotkaliśmy.
Ów obowiązek szkolny sprawił, że wówczas nie odkryłam piękna tej świątyni, zniszczonej w czasie I wojny światowej i bardzo szybko po niej, odbudowanej wg projektu znanego architekta Jana Sasa- Zubrzyckiego.
Dziś świątynia góruje nad okolicą, a ja nawiedzam ją z własnej woli i za każdym pobytem odkrywam kolejne perełki jej wnętrza.
Z zewnątrz prezentuje się równie pięknie.
Lubię siadać w jej chłodnym wnętrzu, w samotności i wspominać czasy mojej szkolnej edukacji, mojej pracy zawodowej w tejże szkole, czasy zbierania materiałów i dokumentów oraz nadania szkole w Gorzycach imienia Stefanii Łąckiej.
Powoli, niespiesznie odkrywam jej piękno i nie czuję się " rozdarta między dwiema świątyniami". 
Bo każda z nich wyryła w moim sercu trwały ślad i w każdej podziwiam coś innego.
Pewnie bym dziś nie napisała o tym kościele gdyby nie fakt, że 29 czerwca, w dzień odpustu na świętych Piotra i Pawła obchodzono tam uroczyście jubileusz 700- lecia parafii. 
Siedem wieków to piękny jubileusz i ja tam byłam, nagrodę dla Natalii za zajęcie 2. miejsca w konkursie " Pocztówka z Otfinowa", odebrałam i pięknego koncertu Eleni wysłuchałam.
"Piotrze, ty jesteś opoką, a na tej opoce zbuduję kościół mój..."
Jak zawsze, dzieci dołożyły swoją cegiełkę i spontanicznie zasiadły na stopniach ołtarzowych tworząc cudowne tło dla pełnej pokory, obdarzonej przepięknym głosem, Eleni.
A to pocztówka Natalki z symbolami Apostołów, Piotrowe klucze i Pawłowy miecz.
A ja nadal wspominam beztroskie wędrowanie z czasów dzieciństwa, siadam w cichym kościele i chłonę coraz to nowe obrazy...nikt mnie nie zobowiązuje, sama tego pragnę.
I zachwycam się jak mała dziewczynka, bo przecież dobrze jest mieć w sobie coś z dziecka...
Tymczasem róże bukietowe pnące, które posadził mój mąż na przedwalu Żabnicy karczując dla nich ciernie i zarośla, kwitną z zapałem.
Widać je z okien naszego domu, a najpiękniej wyglądają na tle błękitnego nieba o złotej godzinie.
To taka nasza radość pośród różnych cierni...
Doskonale się wpisują w krajobraz pól złoconych zbożem...
Taka to nasza mała, piękna Ojczyzna...
I tym sposobem weszliśmy w drugie półrocze. 
Życzę Wam wszystkim, by było dla Was dobre i piękne...

niedziela, 21 czerwca 2026

Czerwcowe losowanie myśli.

Dobiega końca kolejny rok szkolny. 
Dopóki moja pamięć będzie poprawnie funkcjonować, dopóty w moim umyśle ten podział będzie mocno zakorzeniony.
I choć nie uczę w szkole już od siedmiu lat, to poprzez edukację moich Wnuków i przez pomoc dzieciom, którzy mają różne problemy
z matematycznym zacięciem, jestem na bieżąco z problemami szkolnymi. 
Każdy rok szkolny zaczynam i kończę uczestnictwem we mszy św. dla uczniów i nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej, chyba, że kiedyś choroba udaremni tę możliwość, ale na razie odsuńmy tę myśl.
Zakończenie roku szkolnego od zawsze kojarzy mi się również z kwitnieniem róż i niech tak zostanie.
Nasze mocno dotknięte wiosenną aurą, róże walczą z godnością o uwagę.

Róż jest więcej, ale musimy poprzestać na tylu zdjęciach ( żadna przesada nie jest dobra).
Bo w tytule losowanie myśli:-)
Dostałam kiedyś smaczne krówki, które zniknęły bardzo szybko, ale papierki zachowałam bo na każdym jest cenny cytat- myśl.
Dziś wpadł mi do głowy pomysł by wylosować jeden, oto co zostało mi przeznaczone:
"Prawdziwe dobro czyni się niepostrzeżenie, powoli, codziennie, w zwykłych sprawach"- św. Piotr Jerzy Frassati ( patron młodzieży, studentów, ludzi gór).
Zaraz też skojarzyła mi się owa myśl z sytuacją, która miała miejsce podczas czerwcowego wędrowania szlakiem męczeństwa
bł. Karoliny Kózkówny ( też patronuje ludziom młodym).
Bywam tam każdego 18. dnia miesiąca od ponad 11 lat. Tworzymy już w pewnym sensie taką ogromną rodzinę, która odczuwa pragnienie obcowania z Karolinką.
Otóż po czerwcowym nabożeństwie stoimy przy drodze we trójkę i rozmawiamy.
Nagle widzimy, zatrzymuje się obok nas samochód, a przez otwartą szybę, Brat Zbigniew, który przyleciał z Rwandy ( posługuje tam od 40 lat), podaje nam, obcym mu osobom, zupełnie spontanicznie  trzy drewniane, ręcznie rzeźbione figurki Matki Bożej z Kibeho.
Nasze zaskoczenie było tak samo ogromne jak radość. A może to znak, że trzeba pomóc tamtym braciom...
W kolejny dzień spotkała mnie również miła niespodzianka.
Podczas Święta Rodziny, na które byłam zaproszona do jednej z pobliskich szkół podstawowych, czekała mnie miła atmosfera, którą stworzyła szkolna społeczność, w tym wielu moich byłych Uczniów z Gimnazjum ( dziś to oni są rodzicami tych wspaniałych dzieciaków prezentujących program artystyczny).
Wcale mi nie było smutno z racji upływającego czasu, wręcz przeciwnie, czułam ogromną radość, że moi Wychowankowie stworzyli normalne, szczęśliwe rodziny.
Dopełnieniem tej radości był piękny bukiet kwiatów dla mnie.
Te dwa, przytoczone tu zdarzenia to taka naturalna równowaga dla wielu smutków, problemów i zranień, które przecież dopadają nas systematycznie.
A przed nami Dzień Ojca.
Mojemu Kochanemu Tacie tak wiele zawdzięczam, w roli ojca spełnił się wspaniale.
Nie ma takich słów, którymi mogłabym opisać jego oddanie wobec dzieci i wnuków.
Wychowany w wojennej głębokiej biedzie i strachu, w wieku kilkunastu lat został posłany do warsztatu szewskiego na naukę zawodu.
Zanim w powojennej Polsce powstały liczne fabryki obuwia, mój Tato wraz ze swoim bratem ( moim chrzestnym) ręcznie wykonywali piękne obuwie z prawdziwej skóry. 
Niedawno dostałam zdjęcie, najstarsze jakie mam z rodziny Taty i to był również dla mnie niezwykły dar. (Mój Tato stoi czwarty od lewej. Drugi od lewej to mój chrzestny, a pierwszy to jeszcze jeden z braci.)
Tato nie żyje od 22 lat, ale w moim sercu ma cały czas to samo miejsce...
Jeśli ten tekst czytają ojcowie, niech mają świadomość, że ich rola w życiu dzieci jest równie ważna jak rola matki...dlatego miłość, poświęcony czas, troska, cierpliwość, zainteresowanie sprawami dziecka są tak samo oczekiwane od obojga rodziców...
Pozdrawiam i dobrych, spokojnych  dni życzę...