czwartek, 16 stycznia 2020

Nie ma zimy i nie ma kolędników.

Mróz był siarczysty, malował coraz wymyślniejsze kwiaty na małych szybach, w małych, drewnianych oknach. Choć wieczór okrywał granatem cichą wioskę ożywianą jedynie ujadaniem psów, jasność bijąca od śniegu, sprawiała że podwórko tonęło w roziskrzonej bieli przydając uroku skromnej, wiejskiej zabudowie. W ciepłej izbie spełniającej wszystkie funkcje potrzebne do życia czteroosobowej rodzinie, spokojny wieczór został w jednej chwili przerwany donośnym głosem kolęd, któremu wtórował akordeon.
Sprawa była oczywista: przyszli kolędnicy.
Można było ich nie wpuścić do domu, a po odśpiewaniu życzeń, nagrodzić ich stosownym datkiem pieniężnym. Ale bywało, że ktoś z gospodarzy decydował się zaprosić nietypowych gości do środka, a wówczas działo się, oj działo! Razem z mrozem i śniegiem, wpadało do chaty kilku dorosłych mężczyzn i rozpoczynał się prawdziwy, ludowy spektakl.
Kolędnicy byli doskonale przygotowani pod względem aktorskim, posiadali odpowiednie stroje, szopkę, a całość występu przebiegała według starannie zaplanowanego scenariusza.
To było prawdziwe widowisko ze śpiewem i muzyką w wykonaniu akordeonisty- amatora.
Kolędnicy chodzili z turoniem czyli rogatą maszkarą przypominającą tura zamieszkującego niegdyś prastare puszcze.
Turoń miał łeb wyciosany z drewna, oklejony futrem baranim, z prawdziwymi rogami krowimi bądź drewnianymi. Miał ruchomą, kłapiącą szczękę obitą od środka czerwonym suknem, z jęzorem i ostrymi zębami z gwoździ. Łeb turonia osadzony na drągu trzymał ukryty pod derką, zgięty wpół kolędnik. Do izby wprowadzał go dziad odziany w łachmany. Bardzo ważną postacią był Żyd ubrany w czarny chałat z wypchanym garbem, niosący worek pełen starych szmat. Treścią występu był targ dziada z Żydem o turonia, rzekoma śmierć bydlątka, przywracanie go do życia różnymi metodami :-) po których zwierzę wstawało i kontynuowało harce, bodąc domowników ostrymi rogami. Ta symboliczna śmierć maszkary symbolizowała zamieranie i odradzanie się sił natury.
Odwiedziny turonia miały zapewnić domowi dobrobyt i szczęście, o czym świadczyły wypowiadane przez kolędników słowa "Gdzie turoń chodzi, tam się żytko rodzi, gdzie jego stopy, tam rosną kopy."
Kolędzie z turoniem często towarzyszył występ Herodów, który obrazował rządy króla Heroda po narodzeniu Chrystusa oraz jego okrutny rozkaz rzezi niewiniątek. Występ kończył się sceną ścięcia króla przez śmierć i porwaniem go przez diabła.To przejmujące widowisko wzbogacały dodatkowo postaci Trzech Królów, św. Józefa i pastuszków.
Wątki dramatyczne o nurcie biblijnym łączyły się z wesołymi scenami o cechach regionalnego folkloru.
I właśnie takie widowisko odbyło się w naszym starym domu, za zgodą moich rodziców, a ja, kilkuletnia Basia patrzyłam z ogromnym zainteresowaniem i równoczesnym lękiem, bo śmierć z kosą była straszna i turoń był groźny i żyda, którego niebawem zaczął odgrywać mój starszy brat, też się bałam.
Na wsiach żyło wielu utalentowanych ludzi, jak chociażby mój brat, który byłby świetnym kabareciarzem, rymującym " na zawołanie". Niestety, w tamtych czasach wiejskie dzieci miały trudny start w życie i tylko nielicznym udało się zdobyć dobre wykształcenie.
Inni zostawali na roli, bądź szli do murarki, gdzie każdy strop i fundament był suto oblewany alkoholem...

W 2002 roku namalowałam moją rodzinę ( my i nasi dwaj synowie) idącą z kolędą do wiejskiego kościółka...
Dziś nie ma trzaskających mrozów, a kolędnicy pojawiają się jedynie na przeglądach grup kolędniczych.
Dobrze, że od kilku lat dzieci jako kolędnicy misyjni odwiedzają nasze domy, wspomagając swoją kolędą rówieśników żyjących w biednych częściach naszego globu.
Jeszcze świecą się światełka, jeszcze rozbrzmiewają kolędy ( do MB Gromnicznej), ale od Trzech Króli trwają już " zapusty", aż do środy popielcowej.
Pamiątkowy cykl trwa nadal, zapraszam więc na kolejnego posta, wszak wspomnienia i pamiątki tworzą jedność.

czwartek, 9 stycznia 2020

Zimowe rozmyślania o życiu.

Zima to jednak melancholijna pora roku. Wszyscy wiedzą, jakie są tego powody, więc się rozpisywać nie będę.
Czy ją lubimy, czy nie, trzeba to zaakceptować, chociaż ostatnimi czasy poddając się różnym nowoczesnym trendom, ona też ma inne oblicze...
To, co ma niezmiennie pięknego, to wschody i zachody słońca, którymi jakoś próbuje obłaskawić ludzkość.
Właśnie o takiej, jak teraz porze, przed kilkunastu laty zakończył swoją ziemską wędrówkę pewien p. Mieczysław, ofiarodawca pióra leżącego na poniższych zapiskach.
Z racji sprawowania funkcji dyrektora miałam kontakt z wieloma ludźmi o różnych profesjach i tak było w przypadku p. Mieczysława.
Był to bardzo kulturalny, elegancki Pan, oddany swojej pracy, a że przez pewien okres czasu nasze kontakty na płaszczyźnie zawodowej były ożywione, zdarzyło się, że p. Mieczysław znający moje literackie upodobania, ofiarował mi wieczne pióro.
Sam też pisał piórem, starannie, czyściutko, dokładnie...
Używam innego pióra, bo wspomniane ma ponad dwadzieścia lat.
Stoi na półce pośród innych pamiątek jak strażnik sentencji, która mi na myśl przyszła:
" Dobre czyny zostają po ludziach, którzy je czynili jako żywa pamiątka, jako ich ślad niezniszczalny, bo w drugim sercu wyryty na wieczność".
Skoro w tamte lata weszłam niepostrzeżenie, to zamieszczę kilka tematycznych obrazów z początków mojej twórczości...
i fotografie moich wschodów i zachodów...
bardzo dziękuję za każdy komentarz...

sobota, 4 stycznia 2020

Wspomnienia o kolorze kobaltu.

Pierwsze dni roku 2020 powitałam brzozami. To malarskie przedstawienie moich brzóz rosnących w naszym laso- ogrodzie, jest wyrazem moich ciepłych dla nich, uczuć.
Ten sam obraz fotografowany przy sztucznym świetle oraz w zimowym świetle naturalnym przybrał zupełnie inne barwy, jak widać rola światła w naszym życiu jest ogromna, nawet w przypadku obrazu. Ale wróćmy do brzóz...
Rosną w miejscu, gdzie niegdyś, moja babcia Józia uprawiała truskawki. Pole było piaszczyste, niskiej, bo V klasy, więc z czasem truskawki przeniosły się dalej, a pozostawiony w stanie spoczynku kawałek ziemi został natychmiast opanowany przez samosiejki, jako że wokół było mnóstwo lasów mieszanych. Ta uboga gleba była najbardziej gościnna dla brzóz, sosen i dębów.
Tak więc siały się same i rosły razem ze mną. Gdy już przeskoczyły mnie wzrostem, jedna z moich sąsiadek postanowiła urządzić tam miejsce do zabawy w czasie swego wesela. W owych czasach poczęstunek odbywał się w wypożyczonych w tym celu foliowych namiotach, a altana, czyli podłoga z desek przeznaczona do tańca stawiana była w dogodnym miejscu.
Rzeczona, stanęła więc w środku brzozowego lasku. Goście bawili się świetnie, a mnie wówczas wpadł w oko pewien Francuz o "ptasiobrzmiącym" polskim nazwisku. Ponieważ byłam bardzo młoda, znajomość skończyła się na kilku tańcach i do Francji nigdy nie wyjechałam :-)
Brzozy sobie rosły, a Babcia powoli wycofywała się z gospodarowania, postępując w latach.
Babcia mieszkała sobie w maleńkiej izdebce starego domu, gdzie obok dużego chlebowego pieca stały pod barwnymi kilimami dwa drewniane łóżka mieszczące między sobą drewniany stół przylegający do okna. Przed nim wciśnięte były dwa drewniane krzesła na których wieczorami zasiadała moja kochana Babcia Józia i jedna z odwiedzających ją koleżanek. Najczęściej była to babcia Zosia, do której, jak do każdej starszej osoby, mówiło się przez "wy" czyli w liczbie mnogiej.
Babcie sobie gaworzyły, Zosia przysypiała, a ja siedziałam na krześle obok kredensu, który był biały, z waflowymi szybami, za które Babcia wstawiała otrzymane od bliskich, kartki świąteczne.
Mój wzrok ciągle przykuwał niezwykły prezent, który stał na kredensie, były to: flakon i popielniczka. Nie pamiętam kto je ofiarował Babci, ale pośród skromniutkich sprzętów, te dwa drobiazgi wyróżniały się swoją szklaną kobaltową urodą. Flakon dawno, dawno temu się rozbił, a popielniczkę przygarnęłam naklejając pod jej spodem karteczkę informującą do kogo należała ( to dla przyszłych pokoleń).
Na zdjęciu obok z lewej strony stoi moja Babcia, która była zupełnie inną babcią niż ja, bo inne były czasy...Sześć spośród roześmianych ludzi z fotografii, zamieszkuje już wieczność, a na kobaltowej popielniczce spoczywa zegarek Józinej córki, mojej Mamy.
Jego czas też się już wypełnił...
Zima nas nadal oszczędza, oby tylko nie zechciała się obudzić zbyt późno!
A na okiennych parapetach kwitną " nie- kobaltowe" kwiaty.
Opóźniona jak zwykle poczta, dostarczyła jeszcze świąteczne przesyłki, za które pięknie dziękuję:
Wandzi, Janeczce i Agatce
http://wanda-mojatworczosc.blogspot.com/
https://janeczkowo.blogspot.com
https://aggajas.blogspot.com/
Post zaczęłam tematem malarskim, więc proponuję do poczytania książki, w których wiele do powiedzenia mają malarze i to nie tylko przy sztalugach.
Szczególnie zachwycił mnie styl Doroty Gąsiorowskiej, która pisze piękną polszczyzną ( nie ma tam co rusz stwierdzeń: motyle w brzuchu i zachichotał, którymi niektóre pisarki operują do znudzenia). Jest wnikliwa analiza psychiki dziecka, dojrzałej kobiety, są fantastyczne opisy pięknych zakątków naszej ziemi, ciekawa akcja i oczywiście obrazy oraz ich twórcy, a także muzyka z jej siłą oddziaływania. Doskonała lektura na spokojny wieczór.
I czas zakończyć posta, bo mógłby się wydłużyć w nieskończoność:-) a tego nie chcemy:-)
Do napisania.

sobota, 28 grudnia 2019

Stary obraz z rodzinnego domu.

Uważni Czytelnicy zapamiętali ten obraz z wcześniejszych postów, ale on bardzo pasuje do święta Świętej Rodziny obchodzonego w niedzielę przypadającą po Bożym Narodzeniu.
To wspomnienie obchodzone jest od XVIII w, a do liturgii wprowadził je papież Leon XIII, który jest autorem pięknych hymnów kościelnych przeznaczonych na ten dzień.
Jest to dzień szczególnych modlitw w intencji rodzin, a  nikt nie wątpi jak ważne są zdrowie, miłość, zgoda, dobro w rodzinie.
O te dary trzeba nam się nieustannie troszczyć.
Kolejną rodzinną pamiątką jest duży, stary oleodruk za szkłem przedstawiający miłość i szczęście św. Rodziny.
Jest niewiele młodszy ode mnie. Dokładnie pamiętam jesienny, ciepły dzień, w którym został zakupiony u " sakralnego domokrążcy ". Był początek września 1968 roku. Mój starszy Brat przyjechał po mnie do szkoły rowerem. Siedziałam na " bagażniku"czerwonej " damki", a brat pędził z zawrotną prędkością po polnych ścieżkach, wąskich, wtedy suchych, poprzecinanych wyschniętymi wówczas rowami.
Mnie przepełniało szczęście z powodu pierwszej piątki otrzymanej za rysunek Asa, ze starannym podpisem, jako, że od dawna umiałam pisać.
Moja radość spotęgowała się po powrocie do domu, obraz mnie zachwycił, cieszyłam się ogromnie z jego zakupu.
Przez kolejne wieczory, przed zaśnięciem, wyobrażałam sobie, że ten obraz przedstawia maleńką mnie z Mamą i Tatą, których bardzo kochałam. Szkoda mi było, że nie ma tam miejsca dla Brata, ale tłumaczyłam to sobie faktem, że jest starszy ode mnie 8 lat, ciągle wyrywa się z kolegami na piłkę i inne rozrywki i na pewno nie jest mu żal, że nie znalazł miejsca na tym obrazie.
Obrazy, które wisiały w naszym domu i które spotykałam w domach sąsiedzkich były moim pierwszym kontaktem ze sztuką, w moim pojęciu były piękne, cenne i mogłam godzinami na nie spoglądać. I to już we mnie pozostało. W każdym obrazie widzę cząstkę jego twórcy i według mnie nie ma brzydkich obrazów jeśli zostały namalowane z sercem.
W tamtym czasie nie znałam Krakowa, ale z radością witałam rodzinę, która często nas odwiedzała.
Wówczas próbowałam sobie wyobrazić jak wygląda to piękne miasto.
Teraz wpisuje się w  klimat świątecznych dni, rozjaśnione nocą licznymi światełkami i przyciągające niezliczone rzesze turystów.
I ja tam byłam, nie miód i wino, ale piękno, piłam.
Oprócz Krakowa mam jeszcze dwa zaczarowane świątecznym blaskiem miejsca, galicyjskie miasteczko Żabno, o którym kiedyś pisałam, a które z moją Wnuczką Natalią przez ostatni rok wzdłuż i wszerz przemierzyłam...
oraz skrzyżowanie dróg w mojej maleńkiej wiosce, przy którym od 1956 roku trwa mój wioskowy Chrystus znający na wskroś wszystkie zakamarki mojego serca...
A teraz czas na serdeczne podziękowania  za życzenia nadesłane  na pięknych karteczkach:
Alusi alicjasmoczynska.pl
Lence http://zaciszelenki.blogspot.com/
Ewuni https://artesania-rekodzielo.blogspot.com/
Eluni  http://rekodzieloeluni.blogspot.com/
I tym pogodnym akcentem żegnam Was do następnego " pamiątkowego" posta.

wtorek, 24 grudnia 2019

Wigilijne opowieści babci.

Babcie są ( między innymi) po to, aby opowiadać:-)
Zwłaszcza zimą...
Kalendarzowa zima nadeszła, więc opowiadajmy:
W starym, drewnianym domu, którego część zachowała się do dzisiejszych czasów była deska do krojenia. Kiedy się wysłużyła i zastąpiła ją jakaś nowsza, ktoś wyrzucił tę starą. Dziwnym trafem ocalała, a kiedy Mąż pokazał mi kilka zachowanych " skarbów" rozpoznałam w niej tę, która pamiętała dawne, dobre czasy.
By ją uchronić, namalowałam na niej Maryję tulącą Dzieciątko na tle wioski z wpisanym w jej pejzaż kościółkiem.
I tak deska trwa niezmiennie w nowej już roli.





Dziś w dzień wigilii zamieszczam zdjęcia kilku ozdób choinkowych, które ocalały od zagłady, a teraz są przeze mnie wyjątkowo chronione, bo to bombki ( u nas bańki) które były "prawdziwe" i łatwo się tłukły.
Kiedy Mama przygotowywała wieczerzę, ja biegłam do babci Józi, która wystrojona w najlepszą spódnicę nakrytą najlepszą zapaską, oraz w kolorową odświętną bluzkę, oczekiwała na pierwszą gwiazdkę.
Wystarczyło ją poprosić i natychmiast snuła opowieść o tych dawnych wigiliach.
Ludzie tamtych czasów przywiązywali wielką wagę do wierzeń związanych z tym niezwykłym czasem.
Wtedy poszczono aż do zmroku, wytrwali zadowolili się pustym żołądkiem, a mniej wytrwali pożywiali się chlebem i wodą.
Wyczekiwano by pierwszą osobą, która odwiedzi dom w tym dniu był mężczyzna, bo to wróżyło szczęście. Jeśli była to kobieta, należało się martwić.
Jaka wigilia, taki cały rok- mawiano.
Czynności, które wykonywało się w wigilię, miały się powtarzać przez cały rok i dlatego ja każdego roku publikuję posta w wigilię, przepowiednia się sprawdza i w niespełna 7 lat opublikowałam 695 dość długich postów:-)
W wigilię gospodarz wieszał u sufitu podłaźniczkę czyli czubek sosny ( inne drzewa iglaste w naszym rejonie nie rosły), która była ozdobiona papierowymi cudeńkami wykonanymi z bibuły, wydmuszek jaj, jabłek i orzechów.
Po powrocie z kościoła z ostatnich rorat, gospodarz ustawiał w każdym kącie izby snop zboża: pszenicę, żyto,owies i jęczmień, mówiąc: Słoma do chałupy, a bieda z chałupy. Z czasem cztery snopy zastąpił jeden snop.
Na stole, pod obrus kładło się siano na pamiątkę narodzin Dzieciątka w betlejemskiej szopie na sianie.
Wierzono, że jeśli słomą z tego snopka zawiąże się drzewa owocowe, wydadzą w nadchodzącym roku liczne i dorodne owoce.
Po wieczerzy gospodarz brał do ręki siekierę, podchodził do leniwego drzewa i straszył, że je zetnie, jeśli nie zacznie rodzić.
Młode dziewczęta odliczały wieczorem kołki w płocie bacząc by ten wybrany był w miarę ładny, bo miał on symbolizować przyszłego narzeczonego.
Nadsłuchiwały też z której strony dochodzi ujadanie psów, bo z tamtej strony przyjdzie być może kandydat na męża. W mojej wiosce nie podawało się 12 potraw, obowiązywały takie, które były darem lasu i gospodarstwa: kapusta z grochem i grzybami podana z ziemniakami, pierogi z białą kapustą, groch ugotowany na sypko okraszony zrumienionym masłem, kasza jęczmienna ugotowana na wędzonych śliwkach i kompot z jabłkowego suszu.
Drożdżowe ciasta z serem i kruszonką czekały na Boże Narodzenie.
Do wieczerzy zasiadała cała rodzina zajadając z jednej miski. Jeśli opłatek, na którym postawiono gorącą miskę przykleił się do niej, była to zapowiedź szczęścia i dobrobytu.
Skromną izbę oświetlała świeca, a później lampa naftowa. Klepiska ( posadzka wykonana z utwardzonej, wyschniętej gliny) nie zamiatano aż do drugiego dnia świąt czyli do św. Szczepana. Wtedy wczesnym rankiem zapalano ognisko i tam spalano świąteczne śmieci czyli parę ździebeł słomy, bo przecież nie było żadnych opakowań, a potrawy były zjadane do ostatniego okruszka.
Babci nie ma już 25 lat, ale owszem, jest w sercu, we wspomnieniach i na fotografiach, które pieczołowicie wklejam do rodzinnego albumu i opisuję dla potomnych.
A choinka trafiła do Polski na przełomie XVIII i XIX wieku, najpierw do miast, potem do dworów, a dużo później do biednych, chłopskich chat. Tradycja światła na choince pochodzi z XVII w, początkowo były to świeczki , które zostały zastąpione lampkami elektrycznymi wynalezionymi przez Edwarda Johansona, asystenta Thomasa Edisona, w 1882 roku.
Moja choinka w tym roku zdobna w anioły i szydełkowe bombki jest źródłem mojej radości.
Z jej blaskiem posyłam Wam życzenia błogosławionych świąt Bożego Narodzenia wraz ze słowami jednego z wierszy:
  niech się Wam spełnią Bożonarodzeniowe marzenia

Na suchym sianku Dzieciątko leży
i nowin czeka spragnione
jeśli twe serce tak mocno uwierzy
otrzyma kiedyś wspaniałą nagrodę.


W Wigilię starym, polskim zwyczajem
rzeczy niezwykłe się dzieją,
kruszą się serca, myśli wzlatują
i troski największe błękitnieją.


Może śnieg spadnie, zaskrzypi pod progiem
a może z choinki okruszek dobroci,
może ktoś gwiazdkę przyniesie na ręku
by serc zakamarki ozłocić.


Może zobaczysz uśmiechów tak wiele
i gwiazd betlejemskich choć kilka,
ktoś w serce zapuka i powie już śmielej,
że z nieba dziś przyszła przesyłka.


A Jezus wciąż czeka i patrzy ciekawie
w co ludzie choinki przystroją
i tym co kochają błogosławi łaskawie
by kolędę przyjąć moją i twoją.


Pomyślę teraz cichutko śpiewając
o wszystkich Dzieciątka marzeniach
co na ziemię zsyła z nieba zstępując
by nam serca na nowo poprzemieniać.


sobota, 21 grudnia 2019

O kobietach z moich okolic i Aniołach opowieści ciąg dalszy.



Anioł zapala świece
na gałęziach dzieciństwa, przywołuje dobre wspomnienia i ludzi, których już obok nie ma...pojawia się każdego roku w naszych domach, ogrodach, lasach, wszędzie tam, gdzie człowiek tęskni za kolejnym Bożym Narodzeniem.














Ten Anioł namalowany w adwentowym czasie jest wyrazem mojej wdzięczności dla Osób, które niosą dobro w różnorodny sposób...












Jako, że cykl pamiątek na blogu trwa, w czasie przedświątecznych przygotowań w roli ważnej wystąpił tasak.
W babcinej izbie, w starym, drewnianym domu, za wielkim chlebowym piecem był wydzielony fragment ściany drewnianej, pobielonej wapnem barwionym ultramaryną zakupioną na pobliskim jarmarku. Owa przestrzeń obleczona w ceratę, która miała chronić ścianę przed zachlapaniem wodą, wyposażona była w zawieszki wykonane z dużych gwoździ. Na każdej takiej zawieszce znalazły swoje miejsce kuchenne naczynia: garnki, warzechy, tasaki, sita, duże noże, chochle, druszlaki ( w mojej okolicy nie było durszlaków), dla których zabrakło miejsca w kredensie wypełnionym innymi kuchennymi "precjozami".
W centralnym miejscu wisiał tasak, przed którym ostrzegała Babcia i który długo budził we mnie grozę jako narzędzie w żadnym wypadku nie przeznaczone do dziecięcych zabaw!
Mogłam się tylko przyglądać jak Babcia siekała kapustę gotowaną z główki przyniesionej z warzywnego zagona.
Bo w naszym domu od zarania dziejów robiło się pierogi z białej kapusty, której smak podkreślała podsmażona cebulka, sól, pieprz i długotrwałe smażenie aż do uzyskania złotobrązowego koloru.
Po ugotowaniu, smak podbijały świeże skwarki ze słoniny i żadnych innych " wzmacniaczy smaku" nie używano.
Z wiekiem, Babcia zaprzestała sztuki gotowania i tasak przejęła moja Mama, a potem, ja.
Taka kolej rzeczy! Pierogowy debiut miałam w 8 klasie szkoły podstawowej. Moja Mama często pracowała w niedzielę. Była kierowniczką i zarazem ekspedientką w WDT ( wiejski dom towarowy) w miejscowości, w której ja znacznie później przewodziłam miejscowemu gimnazjum.
Wszelkie przeceny ( obniżki cen) i remanenty ( inwentaryzacje) działy się w niedzielę, więc postanowiłam  wówczas uraczyć rodzinę pierogami. Były dobre, ale trochę się rozpadły podczas przelewania zimną wodą na " druszlaku". Od tej pory gotuję te tradycyjne pierogi nie tylko na wigilię. Ich smak jest smakiem dzieciństwa i nie ma lepszych na świecie( tak twierdzi mój starszy Brat).

Czas przedświąteczny zaznaczyłam kilkoma namalowanymi aniołami i choinką, która została przystrojona w anioły.
Moją anielską pasję wywołała kiedyś kobieta o anielskim sercu- Roma. Była ona matką jednej z moich nauczycielek i wiekowo mogła być moją matką. Zresztą jej córka twierdzi, że miałyśmy wiele wspólnego, to prawda. Roma, bo tak się do niej, na jej prośbę zwracałam podarowała mi kiedyś anioła ( obok na zdjęciu) i od niego wszystko się zaczęło.
Kiedyś Romcia mnie odwiedziła i stwierdziła, że anioły dodają naszemu domowi wyjątkowego klimatu. Tak powiedziała, wszak sama była aniołem, który dla rodziny i przyjaciół zapominał o sobie...
Na kilka dni przed wigilią wspominam jej opowieści o dawnych czasach i wojennej ucieczce z Kresów, o bardzo wczesnej śmierci pięknej matki i o...kiszeniu buraczków na wigilijny barszczyk. Miałyśmy to wszystko z Martą, jej córką, zanotować, ale był styczeń i do wigilii było daleko.
Tymczasem Roma odeszła szybko nie sprawiając nikomu kłopotu, jakby chciała zaznaczyć, że całe życie była kobietą wielkiej klasy...I choć nie była moją krewną, to zapisała się w moim sercu najpiękniej, zresztą nie tylko w moim...To nasze ostatnie zdjęcie, pachnące opowieściami o wigilijnych potrawach Kresowian.
Wiem, że jestem sentymentalna i pieczołowicie gromadzę zdjęcia i pamiątki, dlatego też ogromnie sobie cenię wszystkie podarunki służące mojej pasji ocalania od zapomnienia.
Na tym polu ogromne zasługi ma Jadzia kolejna wspaniała kobieta, która tworzy sercem i daruje z sercem
http://jadwiga-sercemtworzone.blogspot.com/
Oto świąteczny prezent, a w nim cudowne albumy, które będą mieścić zdjęcia moich ukochanych Wnucząt.
Każde z nich, a więc: Konradek, Natalia, Kubuś i Tomuś, ma prowadzone własne albumy.
To będzie kiedyś dar dla nich od sentymentalnej babci:-)
Zdjęć przybywa i kolejne albumy są potrzebne, dlatego przeogromnie za liczne prezenty Jadzi dziękuję.
Piękne kartki ze świątecznymi życzeniami nadeszły od:
Magdaleny http://nitkiariadny.blogspot.com/
Teresy https://szarasowa.blogspot.com
Edyty http://eda-z-szafirowego.blogspot.com/
Krystyny http://kuchniaukrysi.blogspot.com
Klaudii http://domprzywiosennej5.blogspot.com/
Małgorzaty papierowy-jarmark.blogspot.com/
Ewy http://ogrod-cardmaking-pasje.blogspot.com/
Elżbiety http://elizaart-handmade.blogspot.com/
Bardzo dziękuję za te karteczki i wszelkie życzenia, ( Lenko, Twoja karteczka czeka na rozpakowanie, zgodnie z wolą), każda forma pamięci jest miła. W sposób szczególny dziękuję tym, którzy na moją prośbę odpowiedzieli włączeniem się w Robótkę 2019, niebawem ukaże się tam filmik, który będzie podsumowaniem radości Niegowian.
A ja zapraszam na wigilijnego posta z tradycjami ( wszak to już tradycja na moim blogu), bo co się w wigilię robi, przez cały rok się powtarza:-)