niedziela, 29 marca 2020

Wielkopostne barwy w ogrodzie.

Pierwsza część Wielkiego Postu kończy się Niedzielą Męki Pańskiej zwaną Czarną Niedzielą.
V niedziela Wielkiego Postu była w wyobrażeniach ludu polskiego dniem walki zimy z wiosną, walki na śmierć i życie.
Stąd inna nazwa tego dnia – Śmiertelna Niedziela.
W tym roku tylko przez środki masowego przekazu możemy zobaczyć krzyże zasłonięte fioletowym płótnem aż do Wielkiego Piątku.
Fioletowe przesłony odwracają nasz wzrok od okrutnych cierpień Chrystusa każąc nam sięgać w istotę ofiary Jezusa i daru, jaki przez Jego śmierć i zmartwychwstanie, otrzymaliśmy.
Przydomowy lasek na tę niedzielę, jakże inną od minionych czarnych niedziel z lat ubiegłych, pokrył się kobiercami fiołków wygrzebujących swoje główki spod dębowych, zeschniętych liści.
Fiołki mają ten sam kolor co zasłony skrywające cierpienie Chrystusa przed naszymi oczyma.
W ten sam kolor ubrał się pierwszy ogrodowy hiacynt.

Druga część Wielkiego Postu czyli Czas Męki obejmuje dwa ostatnie tygodnie przed Wielkanocą.
Sięgnęłam po " Rok polski", Zofii Kossak, który jest skarbnicą polskich zwyczajów i tradycji.
Zaczytuję się tym, co do powiedzenia miała nasza znakomita, w pewnym sensie, również zapomniana, Pisarka.
Zapomniane nazwy, zapomniane obyczaje, zapomniane piękne karty naszej tradycji.
Dla przypomnienia napiszę dziś nazwy każdej z niedziel Wielkiego Postu, i tak, w kolejności od I do VI nazwały się one: Wstępna, Sucha, Głucha, Śródpostna, Czarna, Palmowa.
Niedzielę Palmową i Wielkanoc będziemy świętować zupełnie inaczej, nie z własnej woli.
W tym roku nie wysyłam żadnych kartek tradycyjną drogą. Muszą wystarczyć życzenia elektroniczne, nie chcę dodawać pracy listonoszom w tym ciężkim okresie, oni też mają swoje rodziny i nie powinni się narażać. Myślę, że wielu z nas myśli podobnie.
Pozostając w tym trudnym czasie, pełnym lęku i niepewności zamieszczam wiersz, niech on wzmocni naszą nadzieję.
      Pieśń nadziei
Rozpięty między niebem
i łanem pól
poczerniały od wichrów i burz
spoglądasz w dal cierpliwie
wiejską drogą
idzie człowiek Twoja tęsknota.
już serce bije niepokojem
już podnosisz zmęczony wzrok
jest tak blisko
na wyciągnięcie przybitej dłoni
odszedł
sam
kamienistą drogą
gwoździe znów kaleczą
święty krzyż
tylko skowronek
śpiewa pieśń nadziei.


Nadzieję naszą chce wzmocnić nieśmiała jeszcze wiosna, która przyobleka się w radosne barwy.
A ja Wam wszystkim życzę zdrowia i nadziei na szczęśliwe wyjście z tej bardzo trudnej sytuacji...
Ten czas pozwala nam wejść w siebie i zobaczyć za Kim i za czym tęsknimy i co wypełnia nasze serca...

wtorek, 24 marca 2020

Marcowe rozważania o życiu.


Każdy z nas pragnie wiosny i spokoju.
Uczymy się wiele w tych trudnych czasach, lekcja jest wyjątkowa.
Nikt nie zna finału i nic nie można zaplanować.
A wiosna powoli odkrywa swoje piękno.
Aktualny czas to czas kwitnienia fiołków.
Taki fiołkowy obraz powędrował do Małgosi https://sutaszgochy-artsmak.blogspot.com/
niech czyni wiosnę w Jej Domu.



















Fiołki też w tym roku są skromniejsze niż w ubiegłym, ale trzeba się cieszyć każdą kępką, póki mamy taką możliwość.
Zawsze trzeba się przygotować na niespodzianki: w zimie nie było u nas śniegu, ale wiosną- jest.
Zmarznięta ziemia tuli do siebie fiołki przemawiając w swoim pradawnym języku.
I ja zamieszczam wiersz, który nawiązuje do rytmu pokoleń wpisanych w pory roku.

Na drabinie pokoleń
Tu każdy ma swoje miejsce
babcia Józia była od historii
tej pradawnej
i tej okrutnej wojennej
mama była od wiary
od świąt, modlitwy i nowenny
ojciec był od ojczyzny
tej zaklętej w stokrotkach i cygankach
i tej w śpiewie skowronka
potem byłam ja
od miłości do moich synów
oni byli od zwyczajnych radości
a od słońca, gwiazd i błękitów
są teraz moje wnuki
ich maleńkie serca
są od okruszków szczęścia
………………………………
tu na drabinie pokoleń
wrosłej w polską ziemię
każdy ma swoje miejsce…

Od lat skrupulatnie poszukuję moich cyganek z najpiękniejszych wspomnień- i oto są, to znak, że wszystko wróci do normy.
Stokrotki też towarzyszą nam niezmiennie...
Moje Wnuki z zainteresowaniem szukają biedronek, które już rozpoczęły swoją aktywność.
Jakie to ciekawe- dwie małe biedroneczki...
A w cyklu pamiątek znajdują swe miejsce książki, te ukochane z mojego dzieciństwa.
Najstarsza z nich- "Królewna Czarodziejka" była wydana w 1965 r i otrzymałam ją w prezencie od Rodziców jako czterolatka stawiająca " pierwsze kroki" w samodzielnym czytaniu.
To dowód na to, że gdy człowiek czegoś bardzo pragnie, jest w stanie pokonać wiele trudów, by osiągnąć wymarzony cel.
Najbardziej zapadła mi w serce baśń J.I. Kraszewskiego " O królewnie Czarodziejce", która nawet za pomocą czarów nie potrafiła się ukryć przed Królewiczem i jego prawdziwą miłością...
Moja radość jest wielka, bowiem Wnuki wykazują zainteresowanie książkami i mam nadzieję, że będą kiedyś czytać z przyjemnością.
Wam wszystkim życzę dużo zdrowia, sił  i nadziei na nadchodzący czas...

niedziela, 15 marca 2020

Chrystus zespolony z ziemią.

Malując ten obraz nie podejrzewałam nawet, że niebawem przyjdą zupełnie inne czasy.
Dni, w których do człowieka dociera mocniej znana prawda, że jest słaby, że nie radzi sobie z chorobami, kataklizmami, że w jednej chwili wszystko się może zmienić.
Mój obraz zatytułowałam wówczas: " Chrystus zespolony z ziemią".
Malując, miałam takie właśnie odczucie, jakoby mój Chrystus zlewał się z ziemią, z jej codziennością, z jej bolączkami i trudnymi sprawami.
Dziś zamieszczam ten obraz w moim poście. Jest trzecia niedziela Wielkiego Postu, czekałam na kolejne Gorzkie Żale, a tymczasem z powodu wprowadzonych środków bezpieczeństwa, będąc zdrową, byłam zmuszona uczestniczyć we Mszy św. online.
Zawsze miałam kościół " pod ręką", doceniałam to, a teraz widzę ten fakt jeszcze wyraźniej, bo dla mnie niedziela bez Mszy św. była niemożliwa.
Widocznie ten Wielki Post dane nam przeżyć inaczej, a każde wyrzeczenie i cierpienie ma sens.
Chrystus zespolony z ziemią, zamieszkał w nowym domu, mnie pozostało zdjęcie i wspomnienie tamtego pragnienia namalowania Chrystusa zespolonego z ziemią.
Niepewność jutra zagląda do naszych domów, ale trzeba starać się jakoś przetrzymać wszystko, co nas niepokoi.
Nie ma innego wyjścia...
W cyklu pamiątek na moim blogu, zamieszczam krzyż wykonany z korzenia.
Przed laty, mój kuzyn Rysiek, wówczas kierowca ciężarówki, nabył taki krzyż podczas jednego z wyjazdów w góry.
Ów krzyż tak się spodobał mojemu Tacie, że poprosił Ryśka, by przy kolejnej sposobności zakupił podobny do naszego domu.
Krzyż został umieszczony w pokoju rodziców i tam przebywa od wielu lat. Moi Rodzice nie żyją, kilka lat temu zmarł Rysiek, pozostał krzyż wykonany ręką jakiegoś górala i wspomnienia innych, dawnych czasów. Do tych wspomnień dołączam jeden z moich wierszy...

 Światło na mojej drodze

Chciały mnie dosięgnąć fale ciemności
stanęłam w środku nienawiści
która myślała że zdoła
zagłuszyć moje serce maleńkim podszeptem
jeden gwóźdź – to nic
jedna łza – to tak mało
jedno niezatrzymanie przy potrzebującym – żaden ból
jedno ostre słowo – przecież nie zabije
jedno kłamstwo – z tym się da żyć
jedna małość potem druga i trzecia
i tyle ich że zdmuchnęły światło na mojej drodze
myślałam że tak można żyć
ale krzyż zagrodził mi drogę
zawróciłam żeby zrozumieć
że jedna podana ręka – to wiele
jeden uśmiech – to morze radości
chwila czasu – to wieczność dla oczekującego
zwyczajny gest przywraca światło
na moich ścieżkach
kiedy pojmuję że wierzyć znaczy kochać
Krzyżu z Golgoty
Krzyżu z mojego kościoła
Krzyżu z mojego życia
zapal światło na drogach
naszej codzienności.

Przedwiośnie przywołuje kolejne wspomnienia, a na podwórku nareszcie pojawiły się pierwsze fiołki.
Ucieszyłam się robiąc zdjęcia, bo Kasia z Tajwanu czeka na nie.
Kończę post pełen zadumy i refleksji. To nie jest post smutku, ani buntu, to jest post pokory...
Do kolejnego napisania...

niedziela, 8 marca 2020

" Na św. Kazimierza, Barbara do szkoły zmierza(ła)"

Najpierw zaległości...czyli obraz dla Agatki Z, który wygrała w losowaniu na 7. urodziny " 5 pór roku".
Agatka wybrała wiosenne kwiaty, więc namalowałam jej bzy i konwalie, niech jej czynią wiosnę przez cały rok.
A potem...wspomnienia. Św. Kazimierz przeminął, wedle przysłowia, zima powinna pójść do morza, ale w jaki sposób skoro jeszcze nie przyszła? Najstarsi mieszkańcy naszej wioski takiego braku zimy nie pamiętają!
Śniegu i mrozu nie było, za to chorób dostaliśmy nadmiar, zwłaszcza tych wirusowych różnego typu!
Na własne potrzeby zmodyfikowałam stare przysłowie, bo na Kazimierza, pierwszy raz pokonałam drogę z domu do szkoły jako nauczyciel. Od tego dnia minęło 35 lat...
Wracam myślami do mojej pierwszej szkoły, w której spędziłam czternaście i pół roku w pełnej harmonii z mieszkańcami wioski, we wzajemnej życzliwości, współpracy, w trosce o rozkwit szkoły ubogo wówczas wyposażonej, ale skierowanej na dobro dziecka.
Kiedy reforma powołała do życia gimnazja i odchodziłam do nowej placówki, było mi niezmiernie ciężko opuszczać Gorzyce i pozostawiać wspólny dorobek prawie 15 lat.
Przewodniczącą Rady Rodziców była p. Zosia, prosta kobieta ze wsi, matka gromadki dzieci, niezamożna, ale o wielkim, otwartym sercu, zaangażowaniu i cudownym humorze. Pamiętam jedną z zabaw choinkowych, na której wystąpiłam w czarnej asymetrycznej, skóropodobnej sukience, z kokardą na ramieniu, drapowaną na przeciwległym boku ( projekt własny). Zosia po wnikliwych oględzinach stwierdziła, z zastosowaniem różnych epitetów, że mam kosmiczny strój:-)
Ileż w tej szkole było imprez, uroczystości patriotycznych, religijnych, zabaw tanecznych dochodowych na cele szkoły, ile wycieczek, ile radości, ilu wspaniałych ludzi tam spotkałam...
To był piękny czas, do dziś wracam tam z radością i jestem nadal mile widziana wśród tych ludzi.
Brązowy neseserek, który otrzymałam  na pamiątkę pożegnania, jest nadal ze mną, a w nim " ściągawka" Zosi z dnia pożegnania, jakże miła i szczera...
Przez cały okres mojej pracy, gromadziłam zdjęcia i pamiątki, które teraz są wspomnieniem tamtych minionych lat, kiedy życie było prostsze bo nie obowiązywało wówczas wiele durnych przepisów, a zdrowy rozsądek stosowany był na co dzień.
A na Dzień Kobiet były goździki, dziś wyparte przez tulipany:-)
 Ale wszystkie kwiaty są piękne, ja jednak tęsknię za goździkami...
Serdeczności Wam ślę...

sobota, 29 lutego 2020

Każdy dostaje trochę światła...

 Niebo mnie urzeka- w każdym wymiarze...
A słońce na przedwiośniu gra niesamowite spektakle.
Przedwiośnie, moja niezwykła pora roku będzie otulona woalem wspomnień dopóki pamięć nie zacznie zawodzić...Pocieszam się myślą, że stare sprawy pamięta się najlepiej, może to ze względu na wiek ich przechowywania i sterylne warunki jakich im dostarczamy...
Fotografia rozpoczynająca mój dzisiejszy post mogłaby na pierwszy rzut oka wprowadzić widza w błędne rozważania. Tylko wybrani dostają światło- tu, brzoza, która może być alegorią codziennych spraw. Często uciekamy się do szybkich i pochopnych osądów, których konsekwencje bywają bolesne. Tymczasem wystarczy pomyśleć, popatrzeć uważniej.
Każdy, kto pragnie światła i wytrwale unosi głowę w jego kierunku też je otrzyma, może w innym czasie, może w innej ilości, ale na pewno otrzyma.
Nawet te czarne konary drzew są już muśnięte promieniami słońca.
A, że brzoza dostała w owym dniu najwięcej...widocznie tego potrzebowała...


Z potrzeby mojego serca powstał ten Anioł, który powędrował do młodej Dziewczyny, mojej byłej Uczennicy, która przez wiele lat hodowała w swoim sercu wdzięczność za okazany przed laty ( w jej odczuciu) gest życzliwości.
Po latach, już jako dorosła Osoba zrobiła mi niezwykle miłą niespodziankę urodzinową.
Byłam niezmiernie zaskoczona tym faktem i postanowiłam, że dobre wspomnienia trzeba pielęgnować w czym ma pomóc ten Anioł.
 Wiosny jeszcze u nas nie widać, ale na bzy już wszyscy czekają...















Stokrotki, które licznie zasiedlają nasze podwórko, nazwałam kwiatami roku, bo kwitną nam nawet w zimie!
I one potrafią wykorzystać światło przedwiośnia.
W moim cyklu pamiątek, dziś wspomnienie czasów, które odeszły wraz z postępem i nowoczesnością. Nie ma już tego domu, nie ma " nowoczesnej gospodyni", nie ma Mamy sprzedającej odzieżowe produkty w zastępczym domu wynajętym na czas remontu właściwego sklepu, nie ma p. Hani i jej pieska, nie ma p. Zyty i wielu innych osób, które tego dnia tam przychodziły.
W nieistniejącym już dziś domku ( jego miejsce zastąpił murowany) miała swoją siedzibę " nowoczesna gospodyni". Tę małą instytucję istniejącą w czasach głębokiej komuny, prowadziła p. Marysia. Do jej głównych zadań należało wypożyczanie zastawy stołowej i sprzętu gospodarczego na potrzeby wesel i innych uroczystości rodzinnych. Nie dość, ze p. Marysia była młoda i sympatyczna, to na dodatek w każdy wtorek, po zwrocie naczyń otrzymywała weselne ciasto.
Dlatego miała stałego kilkuletniego gościa w mojej osobie, jako, że Mama w letnie dni zabierała mnie na bagażnik wysłużonej " damki" i pozwalała mi poznawać Olesno, które w porównaniu z moją wioską, było metropolią! Kosztowałam zatem weselnego ciasta nader często i ta miłość nadal we mnie pozostała!!!
Jaki ono miało smak! Pieczone przez wiejskie kucharki, bez wzmacniaczy i udziwnień, proste, w oparciu o przepisy ze starych zeszytów, było po prostu pyszne.
Byłyśmy bardzo " zaprzyjaźnione" z p. Marysią. Nie wiem jak ona się aktualnie nazywa i gdzie mieszka, bo chętnie bym ją odwiedziła.
Pozostała fotografia, niekompletny serwis kawowy, kilka talerzy z tamtych lat...i jeszcze...tęsknota.
Światło przedwiośnia gra własny koncert niosąc przesłanie, że trzeba się cieszyć każdą chwilą, gdy jest z nami.
Zimne jeszcze wieczory można " zacieplić" książką. Kolejne tytuły D. Gąsiorowskiej zauroczyły mnie całkowicie.
Wracając do światła...możemy uczyć się od drzew, że warto piąć się ku Niebu.
Dobrego światła Wam życzę, w takiej ilości, jaka komu aktualnie potrzebna.

poniedziałek, 24 lutego 2020

Pamiątki wyjątkowej wartości.

Jak Wam wiadomo, do szkoły trafiłam niemalże " z łapanki" i miałam tam pobyć tylko rok.
Tymczasem nieprzewidywalne życie sprawiło, że szkołę pokochałam i jeden rok zamienił się w 35 lat. Początki mojej pracy sięgają czasów, gdy sprawdziany pisałam przez kalkę techniczną, a że klasa liczyła ponad 20 uczniów, trzeba było tekst i rysunki przepisywać średnio sześciokrotnie.
Moja szefowa, zaraz na starcie przydzieliła mi wychowawstwo w ( jej zdaniem) najtrudniejszej klasie- szóstej. Rychło okazało się, że znaleźliśmy wspólny język i nasza współpraca ułożyła się wzorowo. Gdy moi Uczniowie opuszczali szkolne mury na zawsze, ja przeżywałam jeszcze spotkanie z Janem Pawłem II na tarnowskich błoniach, podczas których, 10 czerwca 1987 roku, wyniósł do chwały błogosławionych córkę naszej ziemi- Karolinę Kózkównę, a pod sercem nosiłam mojego drugiego Syna. Miałam wówczas 26 lat, ogromny zapał do pracy, a spotkanie z Papieżem Polakiem umocniło mnie jeszcze bardziej.
Nic dziwnego, że laurka, którą prezentuję z prawej strony, wywołała w moim sercu ogromną radość.
To byli pierwsi moi Wychowankowie- wspaniała młodzież.
Do dziś z wielkim sentymentem wspominam tamten czerwiec pełen szczęśliwych dla mnie wydarzeń.
Z lewej strony zdjęcia, równie ważny "order pyzatej gęby" przyznany na polu przysparzania radości:-)
A jeśli mowa o radości, to przypomniało mi się nietypowe wydarzenie.
Tuż po wejściu na lekcję matematyki w klasie ósmej, a była to pierwsza lekcja, pomyślałam, że odrobina pozytywnego szaleństwa nie zaszkodzi i nagrodzę w ten wiosenny dzień osobę, która się najpiękniej uśmiechnie.
Przy samych drzwiach siedziała Agnieszka, do dziś pamiętam jej szczery, radosny uśmiech na powitanie. Matematyka nie była jej ulubionym przedmiotem, ale tego dnia zadałam jej takie pytanie, że byłam pewna, iż odpowie bezbłędnie. Tak się stało i została nagrodzona oceną bardzo dobrą, a jej radość była ogromna.
Niebawem jej dzieci będą kończyć naukę w szkole podstawowej, a ona być może, nie pamięta tamtego zdarzenia, a na pewno nie zna genezy tej oceny:-)
Dobrze, że w życiu trafiają nam się takie miłe chwile, które na długo zapadają w pamięć.
Do miłych chwil, każdego roku zaliczam czas kwitnienia bzów, a teraz w oczekiwaniu na " bzowy spektakl" namalowałam taki " bzowy" obraz.
Dziękuję również za kolejne urodzinowe życzenia nadesłane w różnych formach, a tutaj w sposób szczególny Karolince https://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/ i Lence http://zaciszelenki.blogspot.com/
Jestem ogromnie zapracowana, ale każdy piękny widok jest w stanie mnie zatrzymać.
Tę drogę wiodącą z Gorzyc do Otfinowa, pokonywałam w swoim życiu wielokrotnie, ale o tym bedzie przy okazji innych wspomnień...
Być może, na kolejny post nie każę Wam długo czekać...

sobota, 15 lutego 2020

Moja tarcza szkolna nie wytrzymała próby czasu, ale...

Zanim podam wyniki " szczęśliwej" siódemki, trochę powspominam:-)
To były czasy, gdy fotografia stanowiła unikat! Nie wiem, kto nam zrobił zdjęcie, ale pamiętam, że to była czwarta klasa szkoły podstawowej ( zapowiadałam się na bardzo wysoką dziewczynę, a potem jakoś nagle zwolniłam:-). Na wiejskim, porośniętym trawą, boisku, odbywały się jakieś zawody. Moja koleżanka już była do nich przygotowana. Nie wiem, gdzie ona teraz mieszka, a bez jej zgody nie chcę publikować wizerunku, więc posłużyłam się tarczą szkolną. W tych czasach, nikt nie mógł się w szkole pojawić bez chałata ( fartuszka szkolnego) z naszytą ( a nie na agrafce zawieszoną) tarczą szkolną. Moja tarcza nie przetrwała do dziś, ale ta, którą prezentuję na zdjęciu, czyli tarcza z czasów nauki w tejże szkole, moich Synów jest prawie taka sama. Tamta nie miała tylko imienia, bo imię szkole nadałam dopiero ja w 1993 roku.
Tak więc tarcza naszyta na górnej części rękawa, była znakiem rozpoznawczym ucznia.
Najbardziej " oporni" na szkołę chłopcy, mogli zapomnieć białego kołnierzyka, ale o braku tarczy szkolnej nie mogło być mowy.
Gdy po 19. latach od zrobienia powyższego zdjęcia, zostałam dyrektorem tejże szkoły, zadbałam również o uczniowskie tarcze.
Do szkoły przyjeżdżał wówczas starszy Pan Waldemar ze swoją nieodzowną skórzaną, brązową walizeczką i przedstawiał ofertę swojej " firmy", tarcze szkolne, emblematy, odznaki. Najczęściej zamawianymi były: " dyżurny klasowy, dyżurny szkolny, wzorowy uczeń, wzorowy czytelnik, najlepszy matematyk, mistrz ortografii, mistrz sportu itp."
Sądząc po wyjątkowym akcencie, Pan Waldemar był Kresowiakiem, (co zresztą w późniejszych rozmowach, potwierdził) a jego maniery, kultura i styl bycia były niezwykłe.
P. Waldemar przy okazji transakcji wiele opowiadał, nie spieszył się, lubił posiedzieć w mojej maleńkiej kancelarii szkolnej, w której mieściło się biurko z krzesłem, fotelik dla gościa, a szafy z dokumentacją upchnięte były przy ścianach aż pod sam sufit. Obok okna, na półeczce stał telefon " na korbkę", a wszelkie rozmowy zamawiało się przez pocztę mieszczącą się w sąsiedniej wiosce.
Wspomniany Pan zawsze wywiązywał się wzorowo z przyjętego zamówienia, płaciłam przy odbiorze gotówką, nie było przelewów i numerów kont w tak małych zamówieniach.
Z chwilą gdy objęłam stanowisko dyrektora Gimnazjum w Oleśnie, P. Waldemar i tam mnie odnalazł.
Niestety, współpraca nie trwała długo, bo czasy i obyczaje się zmieniały, fartuszki i tarcze wyszły z użytku, mimo chwilowych starań jednego z ministrów oświaty.
Nie wiem, czy P. Waldemar żyje, był dużo starszy ode mnie, a ja przecież dziś ostatni raz mam piątkę w rzędzie dziesiątek:-)
Ludzie o pięknym sercu, wysokiej kulturze, zostają w naszej pamięci jako wspomnienie minionych, dobrych chwil...
Właśnie teraz za wszystkie podarunki z racji owej ostatniej " piątki" serdecznie dziękuję, bowiem bardzo sobie cenię każdy gest życzliwości, mimo, że w sposób szczególny urodzin nie obchodzę.
Prezentami od serca zawsze się cieszę i ogromnie za nie dziękuję. A teraz zobaczcie, jakie piękne podarunki nadeszły do mnie :                                                                  
                          Od Iwonki, która pięknie  pisze do mnie ze swoich wspaniałych podróży.
                                                                   Od Ismeny
                                                                    Od Małgosi X
                                                                  Od Janeczki
 
Moje wszystkie różańce są omodlone, bowiem wiarę w moc modlitwy różańcowej otrzymałam w darze od mojej Mamy...O Was wszystkich też pamiętam...

Schowawszy pudełeczko z czekoladkami przed wszystkimi domowymi łasuchami ( a jest ich wielu, na czele ze mną) nie wiedziałam, co jeszcze kryje serduszko. Dziękuję Małgosi B. że poleciła mi tam zaglądnąć, bo w pudełeczku znalazły się te oto śliczne, wyjątkowe w swej treści dary.
Różańce w moim ulubionym, czerwonym kolorze i Anioł Stróż, którego nieustannie proszę o opiekę, zwłaszcza nad najmłodszymi, bardzo ruchliwymi członkami naszej rodziny.
Wybacz Małgosiu to moje niedopatrzenie, ale wykazałam się wczoraj silną wolą nie sięgając po praliny:-)

A szczęśliwy los w dzisiejszej zabawie należy do Agatki Z.
Proszę Agatko o podanie rodzaju kwiatów i kolorystyki bowiem koniecznie trzeba się zbierać do malowania.
Pozostałym Uczestnikom dziękuję za udział i obiecuję kolejne zabawy w przyszłości.
Zauroczona stylem pisarskim tej Autorki, proponuję kolejną powieść na jeszcze zimowe wieczory.
Do spotkania w kolejnym poście.