niedziela, 1 marca 2026

Opowieść o wiośnie na wsi.

 Skoro wiosna meteorologiczna nastała dziś, więc warto przywołać pamięć jak to niegdyś bywało.

Fiołki wonne jeszcze w tym roku się nie pokazały, ale mam takie fotografie, gdy kwitły już w lutym.
Zatem poczekajmy na fiołki, a tymczasem jesienne bratki wyrzucone na kompostownik postanowiły zawalczyć o drugie życie.
To się nazywa siła przetrwania, tyle dni pod śnieżną pokrywą nie dały za wygraną.

Ale obiecałam opowieść. Takie dni jak ostatnie, od zawsze budziły wieś do intensywnych prac. 
Wietrząc pościel przywołałam, a w zasadzie sam przypłynął, obraz z dawnych lat.
Po dotkliwej zimie, gospodarze ściągali z okien domostw dubeltowe kwatery okienne, a kobiety przystępowały do porządków. Zanim ruszyły prace polowe był czas na przedwielkanocne porządki.
Jedną z ważnych czynności była zmiana słomy w siennikach. Tak, tak, to nie jest błąd.
Drewniane łóżka miały ułożone na deskach sienniki uszyte z grubej tkaniny lnianej i wypełnione do maksimum słomą. To był najtańszy rodzaj wypełnienia. Tuż po jego zmianie poziom leżenia podnosił się znacznie w górę, by po jakimś czasie dopasować się do ciała właściciela łoża. 
Wypełnione sienniki pachniały świeżością bo przecież słoma zimowała w prawdziwej stodole, po której hulał wiatr, a mróz skutecznie niszczył wszelkie roztocza.
Gospodynie bieliły ( malowały) wnętrza izb oraz zewnętrzne ściany domów najprawdziwszym wapnem zabarwionym odrobiną ultamaryny. Nietynkowane drewno chciwie piło malarski specyfik przeganiając niechcianych "gości". Pachniało świeżością..
Kto miał podłogę z desek ten ją szorował, kto miał klepisko ten zacierał gliniane podłoże mokrą szmatą.  
Przez otwarte okna ( ściany lepiej schły) niezliczone rzesze ptaków wtórowały kobietom w pracy bacząc na koty chętne urządzić polowanie, gdyż gotowej karmy z puszek nikt im nie podsuwał pod nos.
Trwały wielkopostne porządki. Chlubą każdej szanującej się gospodyni była właśnie piękna pościel. 
Żadna tam kolorowa, z tworzyw sztucznych, ale biała, z naturalnych tkanin zakupionych niegdyś w sklepie bławatnym, często stanowiąca wianne wyposażenie gospodyni. Utrzymanie białej pościeli w nienagannej bieli wymagało gotowania jej w dużym garze na kuchennym piecu, żmudne, ręczne pranie na tarce i krochmalenie ( samodzielnie przygotowanym krochmalem) na sztywno.
Pękate poduchy i pierzyny z pierza, często wietrzone były chlubą każdej kobiety. Nikt nie cierpiał na alergię, a po ciężkiej pracy większość zasypiała " snem kamiennym".
Gdy kobiety były zajęte pracą w domu, mężczyźni przygotowywali inspekty by w nich zasiać rozsadę pomidorów, ogórków ( oczywiście z własnych nasion), uzupełniali rozbite szkła w przykryciach ( inspekty spełniany rolę szklarenek) bo zmienna marcowa pogoda wymagała osłaniania lub napowietrzania i nasłoneczniania siewek.
Kochałam ten pozimowy czas, choć rytm naszego domu wyglądał trochę inaczej niż w pozostałych domach.
Mama wracała późno z pracy w Wiejskim Domu Towarowym ( pieszo lub rowerem 5 km w jedną stronę), ale zawsze zdążyła na czas z wszelkimi pracami, oczywiście zarywając noce.
Dlatego przedwiośnie tak mocno kojarzy mi się z Tatą, bo on się zajmował dziećmi i  małym gospodarstwem.
Gdy ziemia dostatecznie rozmarzła całe rodziny wychodziły z motykami w pole by zacząć " ciupanie" w truskawkach.
Czynność nie należała do przyjemnych, ale do koniecznych. 
" Narowiste" po zimie konie musiały przywyknąć do obowiązków na równi z ludźmi. 

Tak oto wieś przygotowywała się do Wielkanocy mając na uwadze uczestnictwo w nabożeństwach pasyjnych.
Szczególnie w niedziele na Gorzkich Żalach kościół był wypełniony po brzegi, a mężczyźni z wielką mocą śpiewali " gorzkie żale przybywajcie, serca nasze przenikajcie..." zagłuszając delikatniejsze zawodzenie kobiet. Kobiety, ubrane stosownie, zakładały na głowę tybetki ( chustki w kwiecisty wzór) w kolorach ciemnych, czarnych, brązowych i bordowych, a żadna wobec powagi wielkiego postu nie założyłaby czerwonej tybetki ( jasne, mocne kolory były na inne, świąteczne okazje).
Wiejski, prosty świat z ubiegłego wieku zostawił jeszcze trochę śladów.
Nadal uczestniczymy z radością w Gorzkich Żalach ( dwie kobiety przychodzą jeszcze w tybetkach ( oczywiście ciemnych), sprzątamy po zimie, a w wiosce pojawiły się już bardzo nieliczne konne wozy ( " gumiaki").
Wyglądamy słonecznych promyków, pierwszych przebiśniegów i milkniemy na śpiew ptaków w poranku.
Ten sam Ukrzyżowany od kilku wieków oczekuje na człowieka w naszym wiejskim kościele...
A my z ufnością dziecka z tamtych lat czekamy na na święta, w których życie wygrywa ze śmiercią...

6 komentarzy:

  1. Chciałabym się przespać na sienniku wypełnionym słomą.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fiołki namalowałaś bardzo ładnie, tak naturalnie. Pierwsze, wiosenne kwiatuszki sprawiają największą radość. Piękna pościel była chlubą nie tylko gospodyń wiejskich. W miastach kobiety gromadziły bielusieńką pościel z czystej bawełny, często z koronkami. Moja babcia i mama w tym przodowały. Jak weszły na rynek kolorowe to wszyscy, oprócz mnie rzucili się na nie, bo łatwe do prania Ja się pod sztucznidłami duszę, więc mnie przypadły zapasy zdrowej pościeli, którą bardzo lubię. Alergie były Basiu, tylko badania i leczenie było rzadkością. Amarylis pięknie Ci zakwitł, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja z tego pokolenia co jeszcze pamięta ta drewniane łóżka i siennik wypełnione słomą, ba nawet spałam na takim, bielone ściany też pamiętam, a to wszystko dlatego że moja babcia od stroni ojca, mieszkała na wsi zabitej dechami i żeby się do niej dostać jechało się się właśnie takim wozem z koniem.
    Bardzo fajne Twoje obrazy!!.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. I ja spałam na sienniku, wszyscy spaliśmy bo nie mieliśmy materaców, wujek też miał taki wóz .Śnieżyczek sporo już kwitnie a ten bratek naprawdę silny.Milego wieczoru.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pamiętam i sienniki wypchane słomą i drewniane łóżka i pierzyny, poranne odgłosy zwierząt przy obrządku, robienie przez babcię masła w kierzynce i jego smak. Ech, to były czasy! Pozdrawiam Basiu:)

    OdpowiedzUsuń