A właściwie "k" - jak kwiatowy korowód...
To już 11. literka kwiatowego alfabetu, a końca nie widać.
Ale jestem to winna kwiatom, które przez cały rok towarzyszą mi w różnej formie. Bo nawet w zimie czegoś się można doszukać w ogrodzie, a w domu królują wtedy niezawodne " doniczkowce".
Lato w zasadzie odeszło, a kwiaty nadal pokazują swoją urodę. Pełno ich wokół mojego domu, podziwiam je codziennie podczas licznych spacerów i zabaw z Wnukami.
Czas jednak na przedstawicieli rodziny "k".
Kolorowe kosmosy wystąpią jako onętki, kosaćce były irysami, kalina to krzew podobnie jak krzewuszka, kocimiętki nie mam, kaczeńce w pobliżu mojego domu nigdy nie rosły, więc dużo miejsca pozostaje na konwalie i ketmię.
Kochane konwalie, słowo kochane wszak powinno być zarezerwowane dla ludzi, ale nie żałujemy go zwierzętom, więc czemu nie moglibyśmy obdarzyć tym określeniem ulubionych roślin.
Kocham konwalie od zawsze. Mam je w ogrodzie i każdej wiosny wypatruję kiedy wystawią ostre czubeczki spod igliwia bo rosną pod starym świerkiem.
A potem, jak to wiosną bywa, wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie i one same wpadają w wiosenną gonitwę, kochane, skromne, pachnące, czarowne konwalie.
Marzyłam o bukiecie ślubnym z konwalii, ale w sierpniu 1982 roku było to zupełnie niemożliwe.
Był to czas wszechobecnej biedy i wymarzone konwalie zastąpiły kremowe róże.
Konwaliowe zauroczenia zdarzają mi się każdej wiosny.
Zasuszam delikatne dzbanuszki, wklejam do albumów...
Niełatwo je namalować, ale dwukrotnie przysiadły na moich obrazach.
Na płótnie nigdy dotąd nie pokazały się królewskie ketmie.
Królewskie, bo przecież panowały na dworach władców z dalekich stron świata.
Któż z nas nie bawił się w dzieciństwie w króla lub królową, kto nie przebierał się na szkolne bale.
Wystrojona wg własnego pomysłu, w dostępne w domowej szafie w latach sześćdziesiątych " stroje", (a wówczas nie można było wyskoczyć do" sh"), w koronie wykonanej z kartonu i złotego staniolu, zasiadałam na drewnianym krześle pokrytym kapą i udającym tron. W ubogiej, wiejskiej chacie, czułam się przez moment jak królowa z bogatego pałacu. Zawsze miałam bujną wyobraźnię i ona też przyczyniała się do moich licznych, szczęśliwych chwil.
Z tym obrazem współgra ketmia ( hibiscus, róża chińska), która od lipca rozpoczyna królewskie występy. Lubię ją, kojarzy mi się z wakacyjnymi wyjazdami do pracy w komisjach ds. awansu nauczycieli. Wokół budynku, gdzie siedzibę ma Delegatura Kuratorium Oświaty rośnie mnóstwo tych uroczych krzewów, podobnie jak na trasie przejazdu z mojego domu do Tarnowa.
Na posiedzenia komisji jeździłam przez 17 lat i zapragnęłam mieć te krzewy. Dziś, gdy jestem emerytką wracam myślami do tych pracowitych, wakacyjnych dni, podczas których poznałam wielu wspaniałych nauczycieli i dyrektorów szkół i którym towarzyszyły pięknie kwitnące ketmie.
Mam kilka w swoim ogrodzie, ale rekordy kwitnienia bije właśnie ta- ciemnoczerwona, ogromna.
Każdego ranka otwiera nowe kwiaty, nie jestem w stanie zliczyć ile ich już było, a jest u mnie od zeszłej jesieni.
Wytworna, władcza, przerosła nawet wysokie róże. Prezentuje swe oblicze wszystkim, którzy podróżują przez naszą wioskę. Nie sposób nie zwrócić na nią uwagi- to prawdziwa królowa.
O poranku przybiera barwę ognistą, w dni pochmurne- dostojną, stonowaną.
Przed nami jeszcze 13 literek, a ja już zainspirowana jednym z komentarzy przygotowuję Was na zabawę, która będzie kończyła kwiatowy cykl.
Spośród prezentowanych przeze mnie kwiatów, będzie można wybrać jeden, który najbardziej do danej osoby pasuje wraz z uzasadnieniem wyboru. Bedą nagrody.
Ale do tego pozostało jeszcze wiele dni, a tymczasem żegnam się z Wami do "l" - jak łatwo odgadnąć. Na pewno nie mam liatrii:-)