sobota, 17 stycznia 2015

Razem zapalamy różane pochodnie...


 PORANEK

Podbiegam do ciebie
z bijącym sercem oczekiwania
razem zapalamy różane pochodnie
prześcigamy się w zachwytach
trwamy w milczeniu
nie mówimy nic do siebie
cud staje się rzeczywistością
a rzeczywistość cudem
odrzućmy słowa
zapalają się krople rosy.

To prawda, kocham poranki, zwiastuny wszystkich wydarzeń.
Zarzucam Was fotografiami owych porannych cudów, ale wiem, że nie wszyscy z Was mogą je zobaczyć...
A ja wyglądam z utęsknieniem, czekam z niecierpliwością. Najczęściej jadę do pracy samochodem, więc mogę się zatrzymać. Bywa też, że oczekuję na szkolny autobus, dobrze jest pobyć z uczniami w miejscu innym niż klasa.  Wówczas słońce ukazuje mi się powoluteńku, gra barw, cisza, że możesz usłyszeć "Poranek" ze suity PEER GYNT Griega...


Rok temu, o poranku, obszczekała mnie wychudzona psinka, która przez dwa kolejne wieczory z lękiem podchodziła na nasze podwórko, by zjeść wyniesione jej smakowite kęski.
Więc ją przygarnęliśmy i okazała się najwierniejszym, cudownym zwierzakiem. Dziś Sonia w niczym nie przypomina tamtego wystraszonego, bezdomnego psa. Jest szczęśliwa, kocha wszystkich domowników, a my odwzajemniamy jej uczucia.





Mądra, dobrotliwa Sonia, mam nadzieję, otoczona naszą troską, dawno zapomniała, że ludzie bywają okrutni, porzucając zimową porą swoich przyjaciół.
Za ofiarowany jej dom odwdzięcza się każdego dnia wiernym byciem z nami...










Teraz czas na promocję piękna ludzką ręką uczynionego, czyli przed Wami szal wykonany na moją prośbę przez uzdolnioną Ewunię z bloga http://artesania-rekodzielo.blogspot.com/


Ewunia wyczaruje wszystko, na miarę naszych marzeń, jest bardzo odpowiedzialna, a wytwory jej rąk mają w sobie niepowtarzalne piękno. Za modela posłużył mi jeden z aniołów, który kiedyś przyleciał do mnie od mistrzyni figur różnych czyli Joli z http://art-yolanda.blogspot.com/

 Ten aniołek w różowej sukience przybył od Ewuni wraz z szalem.
Dziękuję Ewuniu i bardzo sobie cenię fakt, że obdarowałaś mnie aniołkiem, których seria jest już limitowana . Wszystkim czytającym życzę pięknych poranków na nadchodzące dni i wiele dobra od napotkanych ludzi...

niedziela, 11 stycznia 2015

Biednych opowieści ciąg dalszy...

Skoro obiecałam, czas dotrzymać słowa, a raczej przelać wspomnienia, których w sercu nie brak...
Kiedy zabrakło jedynej żywicielki Krasuli- okrutnym werdyktem sołtysa wysłanej na mięso dla niemieckich żołnierzy, Dziadkowie zmuszeni byli wysłać swoje małe dzieci na służbę, by same zapracowały przynajmniej na strawę.
Biedne, wiejskie dzieci przywykły do niewygód, przed wojną też brakowało chleba...
Moją mamę wysłano do bogatych gospodarzy, żeby pasła krowy. Mama była drobnym, wychudzonym dzieckiem, a spośród innych zajęć, to okazało się najlżejszym. O czwartej nad ranem ( gospodyni mawiała, że najlepiej paść z rosą) wypędzała krowy, by je wypasać na rowach, wałach i nieużytkach. Boso, po rosie...gdy ranek był chłodny, ogrzewała zziębnięte stopy w świeżym, krowim łajnie...Ale kromka chleba i garnuszek mleka warte były tych poświęceń.
Utrzymać na łańcuchu kilka krów, to był duży wyczyn.
A kiedy krowy zajęły się skubaniem trawy, mała Marysia rozkładała na wale zeszyty i odrabiała zadanie. Uczyła się bardzo dobrze, a matematykę wprost uwielbiała. Dziadkowie nie mieli pieniędzy na zakup przyborów szkolnych, więc Marysia odrabiała zadania również swojej koleżance, która mniej kochała szkołę, ale jej rodzice mieli sklepik, więc za tę usługę przynosiła Marysi nowe zeszyty. Taki mały handel wymienny.

Mama była właścicielką pięknych, długich warkoczy, związanych oczywiście- sznurkiem, bo jak inaczej, skoro sukienka, jedna jedyna, była tak skromna, że wyglądała na papierową.
Pewnego dnia, za wszelkie szkolne umiejętności i wiedzę matematyczną spotkało Marysię wielkie szczęście.

 Kierownik szkoły wysłał mamę do pobliskiego sklepu i zasponsorował jej dwie pary wstążek: czerwone i granatowe.
Radościom nie było końca...
Czy współczesne dzieci mogą sobie wyobrazić tamte czasy?
Wojna rozkręciła się na dobre. Przyszedł czas kopania okopów na rzecz wojsk niemieckich. Dwunastoletnia Marysia jeździła z innymi nad Dunajec i tam w śniegu, ubrana w drewniaki, wyrabiała nieludzką normę, a łopata, większa od niej, za żadne skarby nie chciała rozciąć zamarzniętej ziemi. Jednak groźba śmierci potrafiła dodać sił- resztek sił wątłego dziecka.
Kiedy mama ukończyła siedem klas podstawówki, Pan Kierownik przyszedł z misją do dziadka: Józefie- Majkę trzeba kształcić dalej. Stroskany Józef odmówił, trafiła się posada ekspedientki w wiejskim sklepie, a to było coś, wszak rodzinna chata nie posiadała podłogi i powały, a ktoś musiał na to zapracować.
Patrzę na dzieci, którym rodzice siłą fundują korepetycje...

 A w wiejskiej szkole klasy były łączone.
Jeden nauczyciel w jednej izbie lekcyjnej dyscyplinował ok. 60 uczniów ( a dyscyplinę dzierżył konkretną). Uczniowie z pokorą przyjmowali epitety w stylu: " cielęta, chamy, bejdoki..."
I do dziś wspominają swoich wychowawców z nabożnym szacunkiem.



 Jednym z bardzo mocnych fundamentów wsi była wiara, przekazywana z pokolenia na pokolenie.Taką wiarę przekazała mi moja mama i jej mama, moja babcia Józia.
Odkąd sięgam pamięcią, ta Nowenna towarzyszyła mamie, a to wydanie liczy 78 lat.


 Stary papier, stara cerata na starym stole...
Cenne pamiątki, które towarzyszyły domownikom w ich codziennym życiu...

A skoro mowa o codzienności, to wspomnę o kolejnej potrawie, która często gościła na wiejskim stole. Kapusta gotowana z kiszonej, bo w każdym domu była beczka kiszonej kapusty. Zasmażało się ją mąką zrumienioną na tłuszczu, zagęszczało gotowanymi ziemniakami. Gotuję ją nadal, smakuje wybornie i pachnie zdrowiem, którego wam wszystkim życzę:-)






piątek, 9 stycznia 2015

Biedne pierogi i wojenne wspomnienia.

Gotuję je od lat, lecz dopiero niedawno zaczęłam się zastanawiać, skąd taka potrawa znalazła stałe miejsce w moim domu. Pierogi z ziemniakami, nie ruskie, ale z farszem ziemniaczanym wykonanym z utłuczonych ziemniaków wymieszanych z dużą ilością podsmażonej cebulki i pieprzu. Tylko tyle, bez dodatku sera. Gotowała je moja babcia, moja mama, a od lat ja gotuję te " biedne" pierogi. Moim zdaniem są wyśmienite. W wersji biednej polewa się je masełkiem, w wersji luksusowej, skwareczkami ze świeżej słoninki lub boczku.

Długo myślałam nad pochodzeniem tej potrawy i znalazłam pewne uzasadnienie.
W mojej wiosce panowała wielka bieda, ziemie były piaszczyste, nieurodzajne, gospodarstwa maleńkie i zaniedbane, ot biedna wieś galicyjska. Druga wojna światowa spotęgowała biedę. Maleńkie, drewniane chatki, jak te poniżej na zdjęciu, dawały schronienie wielodzietnym rodzinom, a dodatkowo przyjmowały pod dach ze staropolską gościnnością, uciekinierów ze Wschodu. W takiej chatce żyło ok. 20 osób, więc nic dziwnego, że starszym dzieciom urządzano posłanie w stajni wśród bydła ( tam było względnie ciepło).
Jeśli w gospodarstwie była krowa i pozostało trochę mleka, by zrobić ser, gospodyni szła pieszo na jarmark z tym serkiem do miasta odległego o 10 km, żeby ser i jajka sprzedać i kupić niezbędne w domu produkty.
I tym sposobem sera na ruskie pierogi nie było, a ziemniaki były w każdym domu. Ale nie zawsze, na " przednówku" ( koniec zimy, początek wiosny) i ziemniaków brakowało.


Dodatkową bolączką ludności wiejskiej były kontyngenty, czyli przymusowe dostawy płodów rolnych na rzecz III Rzeszy.
W domu moich Dziadków, jedna Krasula żywiła 9 osób. Pewnego dnia do ich domu zawitał sołtys, który oznajmił:
 " z bólem serca Józefie, muszę wam zabrać ostatnią krowę". Nie pomogły błagania i sugestie, że u bogatszych gospodarzy są w oborach po trzy krowy...Sołtys był nieubłagany, wszak biedaka najłatwiej obedrzeć ze skóry!



W tej sytuacji, kilkuletnie dzieci musiały pójść na służbę, by zarobić na strawę.
O tym jak moja ośmioletnia mama " zarabiała" na zeszyty, opowiem w następnym poście.











Gdy myślę z czcią o tamtych trudnych czasach, sięgam niekiedy po pióro lub pędzel, by ocalić te wspomnienia od zapomnienia.
I fotografuję bez końca moją ubogą wioskę, której się nigdy nie wstydziłam, mimo, że dzieci ze wsi w latach siedemdziesiątych, były w małomiasteczkowych szkołach średnich wyśmiewane i traktowane jako coś gorszego ( nawet przez niektórych nauczycieli).



A teraz czas już na kolejną prezentację uroczych prezentów. Moja była Uczennica Kasia wyszukała w Tajwanie tego cudnego, porcelanowego aniołka z misiem, robiąc mi niesamowicie miłą świąteczną niespodziankę.










Aniołek zagościł na stałe w moim domu i został przyjęty przez anielską rodzinę, której liczebność w setkach się mierzy:-)))))
A od Drogiej Jadzi z bloga http://jadwiga-sercemtworzone.blogspot.com/
otrzymałam ten wspaniały album, w którym znajdą miejsce zgromadzone przez lata " święte obrazki". Niektóre z nich są bardzo stare i żal się ich pozbywać, skoro mieszkały z nami tyle lat. Dziękuję Ci Jadziu za piękny album ( przysłana modlitwa zajmie w nim czołowe miejsce), a gdy go zapełnię, pochwalę się nim wówczas moim Czytelnikom.
Serdecznie witam nowych Obserwatorów i życzę dużo dobra na nadchodzące dni.

wtorek, 6 stycznia 2015

Legenda mówi, że czwarty Mędrzec całe życie szukał Dzieciątka.

Według legendy, wraz z Trzema Mędrcami ze Wschodu, na poszukiwanie nowo narodzonego Dzieciątka, wybrał się mag Artaban.  Zabrał ze sobą drogocenne dary, cudnej urody perłę, rubin i szafir.








I gdy Trzej Królowie wędrowali niestrudzenie, on " tracił " czas pomagając ludziom. A to choremu na febrę człowiekowi, a to matce drżącej o życie synka, któremu zagrażali żołnierze Heroda, a to młodej dziewczynie sprzedanej w niewolę na pohańbienie...
I w ten sposób " pozbył się" drogocennych darów, perły, rubinu i szafiru, które niósł Jezusowi w darze.








Odnalazł Jezusa dopiero na Golgocie, kiedy zmęczony, po latach, z pustymi rękoma, dotarł do celu.
I wówczas usłyszał niezwykłe słowa, że w każdym człowieku, któremu udzielał pomocy był Ten, Którego całe życie poszukiwał.
Legenda...a niesie ze sobą tyle piękna...
Wszak dobro, którym się dzielimy z innymi to najdrogocenniejsze klejnoty, których, " ani ogień, ani woda, ani złodziej... nie zabierze.
Święto Objawienia Boga, Trzech Króli, obchodzone jest na pamiątkę hołdu, jaki Mędrcy Wschodu, oddali nowo narodzonemu Jezusowi zanosząc mu złoto, kadzidło i mirrę, a więc nasze dobra, modlitwę i cierpienie.
Dzień ten, 6 stycznia zmykał w dawnej Polsce cykl dwunastu dni szczodrych
( od 26 grudnia) i był dniem odwiedzin i poczęstunków. Do domów przychodzili kolędnicy, wśród nich obowiązkowo Trzej Królowie, by złożyć gospodarzom życzenia odwzajemniane szczodrymi datkami.






  Na dworach obdarowywano w tym dniu służbę, a dzieci, zarówno w miastach, jak i na wsi otrzymywały czerwone jabłka i orzechy, aby miały zdrowe rumieńce i mocne zęby.
















 Do dziś, poświęconą w tym dniu kredą, pisze się nad drzwiami domostw pierwsze imiona Mędrców poprzedzielane krzyżykami K+M+B , co w innej interpretacji oznacza prośbę:
Christus mansionem benedicat- Niech Chrystus błogosławi ten dom.
A ja życzę każdemu takiej Gwiazdy, która go przez życie poprowadzi najpiękniej...

piątek, 2 stycznia 2015

Wierzę, że dobra Pańskie będę oglądał w ziemi żyjących...


Zawsze pisała "o...", o różnych sprawach, zwyczajnych, codziennych. Z Jej postów wyłaniała się mądrość, dobro, piękno i wiara. Głosiła Dobrą Nowinę w blogowym świecie. Swoje słowa wiązała przepięknie z fotografiami niezwykłej urody http://lavieestbelleijatez.blogspot.com/. Mądra, młoda, potrzebna...realizująca swoje powołanie w sposób łączący ludzi, bo wiem, że jej bloga czytali nie tylko wierzący. Przez ponad rok czasu wędrowałam systematycznie po Jej blogowych śladach, czerpiąc siłę i radość życia. Najpiękniejszy egzamin zdała w trakcie choroby- nie narzekała, nie wątpiła, nie pytała- dlaczego?








Niedawno otrzymałam od Judytki książkę, trzymam ją w rękach niczym ogromny skarb. Jej słowa, myśli przelane na papier dla nas, ciągle poszukujących i zmagających się z trudami życia...
Moja pamiątka- podpisana Jej ręką...



Już nam jest Jej brak, ale przecież wypełniła wolę Ojca
i teraz będzie z Góry podczytywać blogi naszych serc, te ukryte, osobiste...
 Pan Ludwik też chorował...jego nieodłączną towarzyszką życia ( jak sam mawiał) była wódeczka.
Kulturalny emeryt, niegdyś wybitny fachowiec sztuki spawalniczej, wiódł samotne życie. Był dobrym człowiekiem, nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy, nie uchybił nawet słowem. Bardzo dużo czytał, systematycznie odwiedzał bibliotekę, z której wychodził zawsze ze sporą ilością wartościowych książek.
Wczoraj strażacy ochotnicy znaleźli zamarznięte ciało p. Ludwika w polach. Być może poszedł dokarmiać bobry, bo tak często robił. Po nim też pozostało puste miejsce w naszym społeczeństwie...
 Dwie śmierci u progu rozpoczynającego się roku skłaniają do refleksji...
życie człowieka jak trawa na wietrze...

czwartek, 1 stycznia 2015

Dar macierzyństwa w najpiękniejszej odsłonie na początek roku kalendarzowego w dniu Świętej Bożej Rodzicielki.

Ile tajemnic skrywają niemi świadkowie ludzkich losów?
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi to najstarsze święto Maryjne, które w szczególny sposób podkreśla aspekt macierzyństwa Maryi i związane jest z jednym z najstarszych dogmatów Kościoła. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi został oficjalnie włączony do kanonu Kościelnego na soborze w Efezie w 431 roku.



Królowa niebieskich sfer
z księżycem pod świętymi Stopami
depcze moje złości każdego dnia
a ja dorzucam nowych
Królowa błękitów
z gwiazdami nad świętą Głową
zapala światełko nad mrokami duszy
a ja zapadam w smutek
Królowa moich myśli 
wyciąga święte Dłonie
a ja nie mam czasu
by dotknąć cudu... 



Obyśmy umieli dostrzegać piękno każdego dnia rozpoczynającego się dziś roku...
...i to piękno nieśli innym wespół ze zwyczajną dobrocią...