Tarnowski stary cmentarz, zwany zabłockim, należy do najstarszych w Polsce.
Jest starszy o kilka lat od cmentarza Rakowickiego w
Krakowie i od cmentarza Powązkowskiego w Warszawie, a równy
jest wiekiem Łyczakowskiemu we Lwowie.
Cmentarz tarnowski ( powstał w latach 80. XVIII w.) należy do typów cmentarzy pozamiejskich jakie w
Europie zaczęto zakładać w 2. poł. XVIII wieku. Powstał w myśl edyktu
józefińskiego z 1784 r. zakazującego pochowków na cmentarzach
przykościelnych położonych w obrębie miasta.
Cmentarz Stary jest nekropolią narodową.
W
południowej części cmentarza znajduje się wspólna mogiła ofiar rabacji z
1846 r. Kryje prochy zamordowanych właścicieli
wsi, dzierżawców, urzędników dworskich, księży podczas szalejącej w lutym 1846 r. rzezi. Mogiła ta stała się miejscem spotkań
patriotycznego Tarnowa. W pobliżu tej mogiły chowano
zmarłych z ran powstańców styczniowych. W 1891 r. postawiono w tym
miejscu Kopiec Powstańców 1863 r. na wzór kopca na cmentarzu
Łyczakowskim we Lwowie.
W l. 1914-1918 chowano w pobliżu legionistów i
żołnierzy I wojny światowej, w czasie II wojny żołnierzy Września oraz
żołnierzy AK. Dzisiaj jest to Kwatera Zasłużonych, zwana przez tarnowian
Kwaterą Powstańczą
Świętym nieznajomym z imienia
Zapalam świeczki na waszych grobach
i zrzucam zeschłe liście
które jesienią piszą poemat
o codziennym życiu w którym nie brakło łez
o krzyżu dźwiganym razem z Chrystusem
bez Szymona i bez Weroniki
z modlitwy szeptanej o zmierzchu i poranku
z łez i potu zbieranych przez lata
spadające kasztany układają różaniec
podawany do rąk żywym
przez nieznanych świętych
zapalających dla nas światełka na niebie.
Ponieważ w czasach zaborów Tarnów był trzecim co do wielkości miastem
Galicji, żyło w nim i pracowało wielu urzędników rodem z Czech, Węgier,
Włoch, Austrii, Śląska Austriackiego.
Tarnów był miejscem
stacjonowania 51 pp. austriackiej oraz 2 pułku kawalerii austriackiej.
Do dziś zachowało się wiele nagrobków z nazwiskami zmarłych innych narodowości.
Tarnowianie od ponad stu lat szczególną opieką otaczają Kwaterę
Powstańczą, na której spoczywają uczestnicy
powstań narodowych z 1830, 1846, 1848, 1863, legioniści, żołnierze obu
wojen światowych, żołnierze podziemia.
Przychodzą tu nauczyciele z uczniami, by uczyć historii, przywiązania do ziemi ojczystej i tego wszystkiego, co stanowi o naszym patriotyzmie.
Dzisiejszy post łączy się z naszym świętem narodowym. Myślimy o wszystkich, którzy służyli Ojczyźnie na różny sposób. Wybrałam ze swojego tomu dwa wiersze, którymi w pewien sposób chcę podziękować tym, co szli przed nami.
Wspomnienie
Nie ma cię
tak jak nie ma śniegu
na skrzydłach skowronka
i trudno uwierzyć
że nie ma twojego uśmiechu
w gałęziach rodzimych drzew
i głosu zapewniającego że będzie dobrze
nie ma cię
na drogach pokrytych kurzem
i w biegu podróżnych
a może jesteś w górskiej mgle
witającej Tatry każdego ranka
i w szeleście znajomych liści
w szumie wartkiego strumyka
i na rozkołysanej karuzeli wspomnień
która znów przywołuje znaki pamięci.
To tylko maleńka część pięknych nagrobków z tarnowskiego cmentarza uchwycona w trakcie listopadowych odwiedzin grobów rodzinnych.
Warto zobaczyć te dzieła sztuki kamieniarskiej, które od lat dzięki kwestom są systematycznie chronione przed niszczycielskim działaniem czasu.
A nasza gimnazjalna młodzież, jak co roku, przedstawiła dziś w naszym kościele montaż słowno- muzyczny by uczcić tych, co Polskę kochali ponad wszystko.
Władze samorządowe złożyły biało- czerwony bukiet kwiatów.
Tak jest u nas od 17 lat, czyli od dnia powstania gimnazjum.
środa, 11 listopada 2015
niedziela, 8 listopada 2015
Jesień lubi poetów...i często jest to miłość odwzajemniona:-)
O tym, że kocham poezję, wiadomo od dawna.
I... że czasu na jej " czytanie" brakuje, można się domyślić.
Ale kiedy jesień figlarnie rozwiesza brylanciki gdzie tylko zechce, coś mi przypomina o mojej pasji, która trwa we mnie od lat.
Ulubionych poetów mam wielu, więc gdy się nadarza okazja, zwiedzam miejsca, w których tworzyli, gdzie przeżywali swoje rozterki, zawody i szczęśliwe chwile.
Pobyt w Złotym Potoku skłonił mnie by zapoznać się bliżej z twórczością Zygmunta Krasińskiego, którego tak naprawdę znam jedynie z lekcji języka polskiego. A że było to dawno i nie wszyscy poloniści są w tym względzie pasjonatami, należy uzupełnić braki:-)
Dziś zaprezentuję kilka zdjęć. Jeśli będziecie się wybierać na Jurę, warto o tym miejscu pamiętać.
Przyznaję, że te wersy wcześniej nie utkwiły w mojej pamięci, a teraz odkryłam ich głębię i wielką pokorę poety.
Zygmunt Krasiński, wielki poeta polskiego romantyzmu, przebywał na Jurze trzykrotnie. Po raz pierwszy 12 października 1849 r. wraz z żoną, Elizą z Branickich, i ojcem hr. generałem Wincentym Krasińskim złożył wizytę na Jasnej Górze i zwiedzał okolice Częstochowy. Jura tak się spodobała Krasińskim, że w 1851 r. ojciec Zygmunta nabył dobra złotopotockie.
Na dłużej poeta przyjechał do dworku wraz z rodziną latem 1857 r.
Podczas tego pobytu w Potoku zmarła najmłodsza córka Zygmunta Krasińskiego - 4-letnia Elżbietka. Po tej tragedii poeta wyjechał do Paryża i nigdy już nie powrócił do kraju.
Obecnie w dworku mieści się Muzeum Zygmunta Krasińskiego, gdzie eksponowane są przedmioty osobistego użytku poety, meble pałacowe, obrazy i pianino, wybrane w Paryżu przy pomocy Fryderyka Chopina dla muzy poety - Delfiny Potockiej.
To portret dzieci- Krasińskich.
Przed dworkiem znajduje się staw, nazwany przez poetę "Irydion".
W parku zachowało się sporo starych, pomnikowych drzew, w tym m.in. robinia biała, modrzew japoński, dąb szypułkowy odmiany zwisającej , tulipanowiec amerykański, wiąz turkiestański i in.
A niebo wciąż przegląda się w Irydionie...
Muzeum skrywa się w cieniu Pałacu Raczyńskich, który został zbudowany w połowie XIX w. przez Wincentego Krasińskiego- ojca Zygmunta.
Późniejszymi właścicielami pałacu byli Raczyńscy, którzy przebudowali rezydencję.
Niestety, ta piękna pseudoklasycystyczna, z neorenesansowymi elementami budowla, jest niezbyt świetna we wnętrzu z powodu nieuregulowanego prawa własności.
Ale klimat otoczenia sprawia, że nie sposób pominąć tego miejsca.
A przy okazji odświeżyć, bądź poszerzyć szkolne wiadomości.
Nie samą poezją człowiek żyje:-) więc przez ostatnie dni pochłonęła mnie kolejna książka, którą dostałam od Basi z bloga
http://czterdziestkatoniegrzech.blogspot.com/
Basia w lekki i przystępny sposób pokazała jeden rok życia współczesnej, czterdziestoletniej kobiety, wraz z jej radościami, obawami, tęsknotami i marzeniami.
Książkę Basi czyta się świetnie, a w dodatku jej bohaterowie są nam bliscy. Od głównej bohaterki - Julii- stylistki, dowiedziałam się wiele na temat ubioru, a poza tym sama sięgnęłam pamięcią do swojej" czterdziestki", która minęła już wieki temu:-)
Polecam książkę Basi Smal " Czterdziestka to nie grzech" i jej bloga.
Serdecznie pozdrawiam z jesiennej, zasnutej mgłami, wioski.
I... że czasu na jej " czytanie" brakuje, można się domyślić.
Ale kiedy jesień figlarnie rozwiesza brylanciki gdzie tylko zechce, coś mi przypomina o mojej pasji, która trwa we mnie od lat.
Ulubionych poetów mam wielu, więc gdy się nadarza okazja, zwiedzam miejsca, w których tworzyli, gdzie przeżywali swoje rozterki, zawody i szczęśliwe chwile.
Pobyt w Złotym Potoku skłonił mnie by zapoznać się bliżej z twórczością Zygmunta Krasińskiego, którego tak naprawdę znam jedynie z lekcji języka polskiego. A że było to dawno i nie wszyscy poloniści są w tym względzie pasjonatami, należy uzupełnić braki:-)
Dziś zaprezentuję kilka zdjęć. Jeśli będziecie się wybierać na Jurę, warto o tym miejscu pamiętać.
Przyznaję, że te wersy wcześniej nie utkwiły w mojej pamięci, a teraz odkryłam ich głębię i wielką pokorę poety.
Zygmunt Krasiński, wielki poeta polskiego romantyzmu, przebywał na Jurze trzykrotnie. Po raz pierwszy 12 października 1849 r. wraz z żoną, Elizą z Branickich, i ojcem hr. generałem Wincentym Krasińskim złożył wizytę na Jasnej Górze i zwiedzał okolice Częstochowy. Jura tak się spodobała Krasińskim, że w 1851 r. ojciec Zygmunta nabył dobra złotopotockie.
Na dłużej poeta przyjechał do dworku wraz z rodziną latem 1857 r.
Podczas tego pobytu w Potoku zmarła najmłodsza córka Zygmunta Krasińskiego - 4-letnia Elżbietka. Po tej tragedii poeta wyjechał do Paryża i nigdy już nie powrócił do kraju.
Obecnie w dworku mieści się Muzeum Zygmunta Krasińskiego, gdzie eksponowane są przedmioty osobistego użytku poety, meble pałacowe, obrazy i pianino, wybrane w Paryżu przy pomocy Fryderyka Chopina dla muzy poety - Delfiny Potockiej.
To portret dzieci- Krasińskich.
Przed dworkiem znajduje się staw, nazwany przez poetę "Irydion".
W parku zachowało się sporo starych, pomnikowych drzew, w tym m.in. robinia biała, modrzew japoński, dąb szypułkowy odmiany zwisającej , tulipanowiec amerykański, wiąz turkiestański i in.
A niebo wciąż przegląda się w Irydionie...
Muzeum skrywa się w cieniu Pałacu Raczyńskich, który został zbudowany w połowie XIX w. przez Wincentego Krasińskiego- ojca Zygmunta.
Późniejszymi właścicielami pałacu byli Raczyńscy, którzy przebudowali rezydencję.
Niestety, ta piękna pseudoklasycystyczna, z neorenesansowymi elementami budowla, jest niezbyt świetna we wnętrzu z powodu nieuregulowanego prawa własności.
Ale klimat otoczenia sprawia, że nie sposób pominąć tego miejsca.
A przy okazji odświeżyć, bądź poszerzyć szkolne wiadomości.
Nie samą poezją człowiek żyje:-) więc przez ostatnie dni pochłonęła mnie kolejna książka, którą dostałam od Basi z bloga
http://czterdziestkatoniegrzech.blogspot.com/
Basia w lekki i przystępny sposób pokazała jeden rok życia współczesnej, czterdziestoletniej kobiety, wraz z jej radościami, obawami, tęsknotami i marzeniami.
Książkę Basi czyta się świetnie, a w dodatku jej bohaterowie są nam bliscy. Od głównej bohaterki - Julii- stylistki, dowiedziałam się wiele na temat ubioru, a poza tym sama sięgnęłam pamięcią do swojej" czterdziestki", która minęła już wieki temu:-)
Polecam książkę Basi Smal " Czterdziestka to nie grzech" i jej bloga.
Serdecznie pozdrawiam z jesiennej, zasnutej mgłami, wioski.
środa, 4 listopada 2015
Kiedy śpi dom, a nawet śpi słońce...
Lubię wstawać o poranku. Nawet zimą.
Kiedy wszyscy śpią i nawet słońcu nie chce się wstać, ja zaparzam kubek kawy po turecku ( mocnej, bez dodatków) i siadam przed kompem czytając Wasze blogi.
W domu panuje cisza, czasem tylko jakiś ptak zastuka w okno lub na pobliskim jesionie mignie wiewiórka.
Sączę kawę na czczo, choć wiem, że nie jest to rozsądne, ale tak lubię. Chyba, że pod ręką jest właśnie taki sernik, który polecam.
Wystarczy zmielić 1,5 kg sera półtłustego, zmieszać go z roztopioną i ostudzoną margaryną, 4 łyżkami mąki ziemniaczanej, odrobiną olejku śmietankowego, dużym kubkiem kwaśnej śmietany i ubitymi jak na biszkopt: 10 białkami, 1,5 szkl. cukru i 10 żółtkami. Upieczony i ostudzony sernik smaruję marmoladą różaną i polewam polewą wykonaną z: 1/2 margaryny, 1/2 gorzkiej czekolady i 1/2 mlecznej czekolady. Proste, prawda?
Zbyt długo nie mogę się napawać ciszą, bo czas pędzi nieubłaganie i pora zbierać się do szkoły.
Tak wygląda fragment mojej drogi do szkoły( zdjęcie powyżej)!
A skoro droga, to wędrowanie, więc myślą wracam do pięknego podarunku od Basi, autorki bloga http://czterdziestkatoniegrzech.blogspot.com i książki, która mnie zachwyca od dłuższego czasu.
To " Wędrowiec", na którego kartach jest tak wiele mądrości, że dziś chcę się z Wami nimi podzielić.
Miłość jest siłą. Potęgą, która zmiata, która ratuje, ocala i obdarza. Cud kochania, któremu nic nie jest straszne i któremu nie sposób się oprzeć.
I dlatego warto żyć.
Piękno, dobro jest ciche. Nie pcha się na piedestał, bo nie zajmuje się samo sobą. Ma co robić, więc nie trwoni czasu na to, co niepotrzebne. Broni się samo. Bo ma w sobie siłę, która sprawia, że przetrwa.
Marzenia są dobre. Najpierw niosą na skrzydłach, potem zaś umieją je przypiąć. Umieją obudzić. Dać kopa. Dać nadzieję. Nigdy nie jest za późno na marzenia.
Ludzkie piękno bierze się zawsze ze środka, z głębi. Tam jest jego źródło. Tam o nie trzeba dbać.
Ludzka wiara rzeczywiście góry przenosiła.
A na pewno ludzi ponad małością innych, ponad złością i gniewem tego świata i ponad złem. Okazywała się mocą zdolną do tego, w co bez niej serce wątpiło.
Dziecko jest zawsze darem, dobrem. Przynosi ze sobą dobro.
Świat był dla ludzi hojny. Szczodrze dzielił się swoim pięknem. Tylko nie wszyscy to widzieli. Nie dlatego, że nie chcieli widzieć. Po prostu im to umykało. Bo ludzie byli różni. .
Dziękuję Ci Basiu za te wszystkie słowa, które pobudzają do myślenia i wdzięczności za dary, jakie każdy z nas otrzymuje każdego dnia. Tym, którzy lubią książki traktujące o bogactwie duchowym człowieka, polecam gorąco " Wędrowca".
A jesienne zdjęcia prezentują piękno pozostałości rodu Konopków w pobliskim Brniu i Owczarni.
Kiedy wszyscy śpią i nawet słońcu nie chce się wstać, ja zaparzam kubek kawy po turecku ( mocnej, bez dodatków) i siadam przed kompem czytając Wasze blogi.
W domu panuje cisza, czasem tylko jakiś ptak zastuka w okno lub na pobliskim jesionie mignie wiewiórka.
Sączę kawę na czczo, choć wiem, że nie jest to rozsądne, ale tak lubię. Chyba, że pod ręką jest właśnie taki sernik, który polecam.
Wystarczy zmielić 1,5 kg sera półtłustego, zmieszać go z roztopioną i ostudzoną margaryną, 4 łyżkami mąki ziemniaczanej, odrobiną olejku śmietankowego, dużym kubkiem kwaśnej śmietany i ubitymi jak na biszkopt: 10 białkami, 1,5 szkl. cukru i 10 żółtkami. Upieczony i ostudzony sernik smaruję marmoladą różaną i polewam polewą wykonaną z: 1/2 margaryny, 1/2 gorzkiej czekolady i 1/2 mlecznej czekolady. Proste, prawda?
Zbyt długo nie mogę się napawać ciszą, bo czas pędzi nieubłaganie i pora zbierać się do szkoły.
Tak wygląda fragment mojej drogi do szkoły( zdjęcie powyżej)!
A skoro droga, to wędrowanie, więc myślą wracam do pięknego podarunku od Basi, autorki bloga http://czterdziestkatoniegrzech.blogspot.com i książki, która mnie zachwyca od dłuższego czasu.
To " Wędrowiec", na którego kartach jest tak wiele mądrości, że dziś chcę się z Wami nimi podzielić.
Miłość jest siłą. Potęgą, która zmiata, która ratuje, ocala i obdarza. Cud kochania, któremu nic nie jest straszne i któremu nie sposób się oprzeć.
I dlatego warto żyć.
Piękno, dobro jest ciche. Nie pcha się na piedestał, bo nie zajmuje się samo sobą. Ma co robić, więc nie trwoni czasu na to, co niepotrzebne. Broni się samo. Bo ma w sobie siłę, która sprawia, że przetrwa.
Marzenia są dobre. Najpierw niosą na skrzydłach, potem zaś umieją je przypiąć. Umieją obudzić. Dać kopa. Dać nadzieję. Nigdy nie jest za późno na marzenia.
Ludzkie piękno bierze się zawsze ze środka, z głębi. Tam jest jego źródło. Tam o nie trzeba dbać.
Ludzka wiara rzeczywiście góry przenosiła.
A na pewno ludzi ponad małością innych, ponad złością i gniewem tego świata i ponad złem. Okazywała się mocą zdolną do tego, w co bez niej serce wątpiło.
Dziecko jest zawsze darem, dobrem. Przynosi ze sobą dobro.
Świat był dla ludzi hojny. Szczodrze dzielił się swoim pięknem. Tylko nie wszyscy to widzieli. Nie dlatego, że nie chcieli widzieć. Po prostu im to umykało. Bo ludzie byli różni. .
Dziękuję Ci Basiu za te wszystkie słowa, które pobudzają do myślenia i wdzięczności za dary, jakie każdy z nas otrzymuje każdego dnia. Tym, którzy lubią książki traktujące o bogactwie duchowym człowieka, polecam gorąco " Wędrowca".
A jesienne zdjęcia prezentują piękno pozostałości rodu Konopków w pobliskim Brniu i Owczarni.
niedziela, 1 listopada 2015
Świątynia, która ma dziś swoje "imieniny".
Do dąbrowskiego " ogólniaka" chodziłam w końcówce lat siedemdziesiątych. Ponieważ w owym czasie, z internatu można było tylko raz w miesiącu wyjechać do domu, moi rodzice umieścili mnie na stancji.
Warunki okazały się wcale nie lepsze, ale jedno miałam pewne:
nikt mi nie zabronił pójść na sobotnią, poranną Mszę św, którą nasz x Katecheta celebrował w starym, dąbrowskim kościółku w każdą sobotę. Moje koleżanki i koledzy, mieszkający w internacie ( zamkniętym na ten czas przez kierownictwo) musieli uciekać przez piwniczne drzwi, a potem dostawali burę, mimo, że zaraz po nabożeństwie wracali w internatowe pielesze.
Takie to były czasy!
Dlaczego o tym piszę? Bo ów kościół, do którego mam niezwykły sentyment jest pod wezwaniem Wszystkich Świętych.
Więc dziś ma własne święto.
Z zewnątrz nie wygląda okazale, ale w środku panuje niezwykła atmosfera.
Należy on do świątyń wpisanych w małopolski szlak architektury drewnianej
A ponieważ w tym kościele dziękowałam przed laty za czas mojej nauki, po zdanej maturze, po latach dziękowałam za podobny czas obu moich Synów, potem okazało się, że obie moje Synowe też kończyły tę samą szkołę średnią, a na dodatek młodszy Syn w tejże świątyni przyjął Sakrament Małżeństwa, więc nic dziwnego, że w mojej poezji te wspomnienia przewijają się wielokrotnie.
Egzamin z miłości
Klęczę z Marią Magdaleną
u stóp starego krzyża w dąbrowskim kościele
smuga światła
po której Święci
schodzą z drewnianych sklepień
wskazuje mi drogę do Łaskawej Matki
o wzroku tak samo łagodnym
jak kiedyś gdy przychodziłam do Niej
czytać uczniowskie zadania
wracam dziś
by wzrokiem zamglonym od szczęścia
dziękować
za płacz niemowlęcia
za pierwsze litery i rozwikłane łamigłówki
za niespokojną młodość
za dziękuję – wysłane w obie strony
za nić która łączy serca
przynoszące maturę w plecaku
w półmroku starego kościoła
ty i ja
zdajemy egzamin z miłości
na drabinie pokoleń.
Chrystus ze starego krzyża
umieszczonego w przedsionku kościoła jest zawsze na wyciągnięcie ręki...
Zna moje troski i troski innych ludzi, którzy wchodzą tam choć na chwilę w poszukiwaniu ciszy...
Wewnątrz kościoła panuje spokój, cisza i jest tak radośnie, że chce się tam pozostać na dłużej...
Nie mogę pominąć św. Barbary, mojej patronki i patronki niebezpiecznych profesji oraz dobrej śmierci.
W ramach kultywowania tradycji regionalnych i patriotycznych
wspólnie z młodzieżą gimnazjalną odwiedziliśmy we wrześniu ten kościół.
Wspaniały przewodnik, p. Jacek Osak opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy nie tylko z historii kościoła, ale również z historii miasta.
Młodzież z uwagą chłonęła te wiadomości i nikogo nie trzeba było napominać.
W tej barokowej świątyni z końca XVIII w. uwagę zwiedzających przyciąga pięć rokokowych ołtarzy i cudna polichromia figuralna i ornamentalna z 2. połowy XIX w. Rokokowa ambona i organy, późnogotycki krucyfiks z XV w. oraz drugi, barokowy znajdujący się na belce tęczy, to tylko niektóre z wielu cennych zabytków sztuki sakralnej. Jeśli kiedyś będziecie w Dąbrowie Tarnowskiej warto zobaczyć kolejną drewnianą perełkę.
Warunki okazały się wcale nie lepsze, ale jedno miałam pewne:
nikt mi nie zabronił pójść na sobotnią, poranną Mszę św, którą nasz x Katecheta celebrował w starym, dąbrowskim kościółku w każdą sobotę. Moje koleżanki i koledzy, mieszkający w internacie ( zamkniętym na ten czas przez kierownictwo) musieli uciekać przez piwniczne drzwi, a potem dostawali burę, mimo, że zaraz po nabożeństwie wracali w internatowe pielesze.
Takie to były czasy!
Dlaczego o tym piszę? Bo ów kościół, do którego mam niezwykły sentyment jest pod wezwaniem Wszystkich Świętych.
Więc dziś ma własne święto.
Z zewnątrz nie wygląda okazale, ale w środku panuje niezwykła atmosfera.
Należy on do świątyń wpisanych w małopolski szlak architektury drewnianej
A ponieważ w tym kościele dziękowałam przed laty za czas mojej nauki, po zdanej maturze, po latach dziękowałam za podobny czas obu moich Synów, potem okazało się, że obie moje Synowe też kończyły tę samą szkołę średnią, a na dodatek młodszy Syn w tejże świątyni przyjął Sakrament Małżeństwa, więc nic dziwnego, że w mojej poezji te wspomnienia przewijają się wielokrotnie.
Egzamin z miłości Klęczę z Marią Magdaleną
u stóp starego krzyża w dąbrowskim kościele
smuga światła
po której Święci
schodzą z drewnianych sklepień
wskazuje mi drogę do Łaskawej Matki
o wzroku tak samo łagodnym
jak kiedyś gdy przychodziłam do Niej
czytać uczniowskie zadania
wracam dziś
by wzrokiem zamglonym od szczęścia
dziękować
za płacz niemowlęcia
za pierwsze litery i rozwikłane łamigłówki
za niespokojną młodość
za dziękuję – wysłane w obie strony
za nić która łączy serca
przynoszące maturę w plecaku
w półmroku starego kościoła
ty i ja
zdajemy egzamin z miłości
na drabinie pokoleń.
Chrystus ze starego krzyża
umieszczonego w przedsionku kościoła jest zawsze na wyciągnięcie ręki...
Zna moje troski i troski innych ludzi, którzy wchodzą tam choć na chwilę w poszukiwaniu ciszy...
Wewnątrz kościoła panuje spokój, cisza i jest tak radośnie, że chce się tam pozostać na dłużej...
Nie mogę pominąć św. Barbary, mojej patronki i patronki niebezpiecznych profesji oraz dobrej śmierci.
W ramach kultywowania tradycji regionalnych i patriotycznych
wspólnie z młodzieżą gimnazjalną odwiedziliśmy we wrześniu ten kościół.
Wspaniały przewodnik, p. Jacek Osak opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy nie tylko z historii kościoła, ale również z historii miasta.
Młodzież z uwagą chłonęła te wiadomości i nikogo nie trzeba było napominać.
W tej barokowej świątyni z końca XVIII w. uwagę zwiedzających przyciąga pięć rokokowych ołtarzy i cudna polichromia figuralna i ornamentalna z 2. połowy XIX w. Rokokowa ambona i organy, późnogotycki krucyfiks z XV w. oraz drugi, barokowy znajdujący się na belce tęczy, to tylko niektóre z wielu cennych zabytków sztuki sakralnej. Jeśli kiedyś będziecie w Dąbrowie Tarnowskiej warto zobaczyć kolejną drewnianą perełkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































