Chyba nie ma bardziej rodzimego krzewu, może tylko kalina zbliża się do czołówki w tej konkurencji.
Być może, że cała Polska tonie w bzach, ale okolica, w której mieszkam, tonie na pewno.
Bzy rosły tu od zawsze, najpierw te zwyczajne, wiejskie, z drobnymi kwiatuszkami, fioletowe i białe.
W białych szukało się pięciolistnych kwiatuszków szczęścia. Wszystkie pachniały ogromnie, wszystkie nadawały uroku wiejskiej biedzie. Na naszym podwórku rósł taki krzak bzu- stary i piękny.
Niestety, musiał ustąpić miejsca pod budowę domu na początku lat siedemdziesiątych. Wtedy Tato posadził inny krzak bzu, a potem my z Mężem posadziliśmy ich jeszcze więcej.
Mamy kilka odmian, ale chyba najbliższy sercu jest ten " zwyczajny", fioletowy. A może on wcale nie jest zwyczajny, może drzemie w nim jakaś moc, która nie pozwala o nim zapomnieć o żadnej porze roku...
Zapraszam do oglądania zdjęć naprędce zrobionych. Z powodu suszy wszystko dzieje się w tym roku zbyt szybko.
Za parę dni po bzach zostanie tylko wspomnienie, fotografie i tęsknota.
Gdziekolwiek idę, jadę, stoją samotne i w grupach, kąpią się w słońcu i porannej rosie i chyba czują moje do nich przywiązanie...Każda chwila życia jest tak cenna, że warto się nią nacieszyć choć przez moment...



















































