wtorek, 17 kwietnia 2018

Królowa kilku dni.

Jest taka roślina z rodziny kaktusowatych, królowa jednej nocy, która zakwita nocą i chcąc ukryć przed światem ogromne piękno kwiatu, więdnie przed porankiem.
W naszym starym domu był taki kwiat. Byłam wtedy małą dziewczynką, ale udało mi się jednej nocy doczekać aż rozwinie swoje piękno. Zabłysnął bodajże trzema kremowobiałymi kwiatami tulącymi się do starego okna, za którym rozciągała się szafirowa noc.
Nie pamiętam co się stało z rośliną, wszak od tego czasu upłynęło ponad 50 lat.   
Wczoraj pracowałam ciężko w ogrodzie. Prostując co pewien czas obolałe plecy, spoglądałam na magnolię, która też już ma swoją historię. Był czas, że się odgrażałam, że przyłożę do jej pnia siekierę. Widocznie poskutkowało, bo zaczęła znów kwitnąć...
Pomyślałam, że to królowa kilku dni. Jest przepiękna, ale jej urok trwa kilka dni i nocy.
Już zaczęła zrzucać płatki i do następnego kwietnia będzie stać w skórzastych liściach, a potem w pąkach, bo niebawem je zawiąże.
Wspominałam już kiedyś mistrza Ildefonsa i jego " wyspy szczęśliwe".
Ten liryk kojarzy mi się właśnie z magnoliami w chwilach gdy wiatr tańczy z ich bladymi płatkami.
A ja Wam proponuję moją wersję " wysp szczęśliwych". Zapraszam...

Wyspy

Najprawdziwsze wyspy szczęśliwe
zamykają się w sercu
tam cisza i błękit spotyka się z marzeniem
o bezpiecznej przystani
w której motyle i gwiazdy recytują poezję.
Wyspy szczęśliwe
osłonione przed światem cichą miłością
nie toną w morzu łez
a promienie słońca budzą ciepłym dotykiem
opowiadane wiatrem historie.
Wyspy szczęśliwe zamknięte w sercu
czasami ulatują do gwiazd
by nabrać blasku i napić się ciszy...

Gdy tak podziwiałam moją magnolię, w polu widzenia znalazł się niecodzienny zaprzęg.
Jako, że byli to moi dawni uczniowie, z mojej pierwszej szkoły, poprosiłam ich o możliwość zrobienia pamiątkowych zdjęć.
Oni w przeciwieństwie do tych co kochają samochody i motocykle, jako nieliczni, kochają konie.
Dokumentuję tę wiejską rzeczywistość, która zmienia się bardzo szybko.
Razem z magnolią, pięknej wiosny Wam życzę i trwałego zapamiętywania tych pięknych, ulotnych chwil.
A my od jutra, przez trzy kolejne dni zmagać się będziemy z egzaminami gimnazjalnymi.
Wszystkim Gimnazjalistom życzę by każda z sześciu części była łatwa, a wyniki oscylowały w górnych granicach skali.

sobota, 14 kwietnia 2018

Jeśli nie lubisz wspomnień...

...to nie zainteresuje Cię mój dzisiejszy post!
A może jednak zaryzykujesz i przeczytasz?
Mam wrażenie, że Józek przygląda się swojemu sadowi o świcie.
Wtedy, gdy nasza wioska jeszcze śpi.
Za moment będzie gwarno i rolnicy wyjdą w pola.
Zaterkoczą traktory, a czasami nawet rzadko spotykany konny zaprzęg zakołysze kołami wozu.
Stali Czytelnicy znają historię Józka i mój sentyment do starego sadu.
Gdy byłam małym dzieckiem, sad przezywał czas swej świetności.
Teraz to czas rzeźbi nasze dni- moje, i tego, co wokół mnie...
O czym miałby rozmawiać Józek z młodymi? Inne czasy, wszyscy jego koledzy dawno pomarli...jak on...
Ale sad jest wciąż jego.
To nic, że nie rodzi pięknych owoców, Józek już ich nie potrzebuje, ale zapachem kwiatów mirabelek tonących w lekkich mgiełkach może się pozachwycać.
Może też pogładzić złuszczoną korę starych drzew i wyciągnąć dłonie w kierunku wschodzącego słońca.
Jadę wcześnie do pracy, lubię otwierać szkołę.
Kiedy jest pusta, zasiadam do swoich zajęć, zanim gwar wypełni szkolne korytarze, a różne problemy zaczną się namnażać z zawrotną prędkością.
Wspomnienia napływają falami
raz wzburzone i gniewne
a innym razem spokojne
jak szemrzący strumyk
wszystkie obijają się
o moje życiowe porty
niektóre zacumują na dłużej 
jest ich coraz więcej
jedne wypierają drugie
drugie przywołują pierwsze
zmuszają mnie do kolejnego spojrzenia
na sprawy które odeszły
kocham je choć tak często
ostrzem wrzynają się kolejny raz w moje serce
a przecież bez nich byłabym ubogą żebraczką

więc je przygarniam bez względu na barwę
i w ogromnym zeszycie zapisuję dla potomności 
niech trwają do końca świata.

W tym roku pogoda nas przyjemnie zaskoczyła, mimo że kwitną tarniny, jest bardzo ciepło.
A kwitnienie tarnin zawsze przypada na bardzo zimne dni.
W wiosennym ciepełku pachną oszałamiająco.
 Takich widoków Wam życzę i zapraszam na kolejnego posta z pewnej podróży...

wtorek, 10 kwietnia 2018

Żółto- fiołkowy post wiosenny.

Nic wielkiego na dziś nie wymyśliłam:-)
Powtarzam się i ciągle zachwycam życiem mimo jego wielu niedoskonałości.
Nadal uporczywie twierdzę, że trzeba się cieszyć każdą chwilą.
Wczoraj wieczorem pod nasz lasek przyszły cztery sarenki, wysoko na gałęziach brzozy pięknie  śpiewał nieznany mi ptak, dziś rankiem, daleko w polach zobaczyłam konny zaprzęg podążający do wiosennych robót, skowronki poruszyły swymi melodiami całe niebo.
Dożyłam kolejnej wiosny, nikt mi tego nie gwarantował, a jednak jestem, idę do pracy, drogą wśród pól i każdemu, kto boryka się z problemami, polecam taką " terapię".






Czas

Dostałam w darze czas
nie wiem ile to lat
nie wyczytam z mądrych ksiąg
nie wyliczę na lekcjach matematyki
nie wiem ile razy
będę potykać się o skały
i nie wiem ile razy
będę wdychać zapach łąk i pól
tak naprawdę wiem tylko jedno
warto kochać teraz
by niczego nie żałować potem. 


Prezent od Joli  https://mojedubaninki.blogspot.com/
potraktowałam jako nagrodę za to, że bardzo lubię żółty kolor.
Dlatego Joli dziękuję za piękne podkładki w kolorze słońca i wiosennych kwiatów, za " Szafranowe niebo", które  czeka aż skończę nowohucką sagę.
Ten upominek sprawił mi wiosenną radość.
 Joli i wiernym Czytelnikom dedykuję całe fiołkowe pola.
A z tych kwiatuszków przygotuję coś dobrego:-))))
Wiecie, że czytam sagę traktującą o życiu Nowej Huty w latach sześćdziesiątych, więc i mnie nasunęły się skojarzenia z tamtych czasów.
Moja Mama pracowała zawodowo w odległym o 5 km Oleśnie, a do miejsca pracy dojeżdżała rowerem.
Po powrocie do domu, szybko szła w pole bo prowadzili z Tatą małe gospodarstwo rolne.
Na gotowanie, pranie i sprzątanie zostawały tylko wieczory. Niekiedy z braku czasu, Mama kupowała w Gospodzie Wiejskiej w Oleśnie cztery sznycle ( moja nazwa kotletów mielonych) żeby było coś na obiad do ziemniaków.
Sznycle wychodziły z rąk kucharki, p. Emilii, cudownie pachniały, sprawiały, że szary papier, w który były zapakowane, wspaniale nasiąkał tłuszczykiem. Głównym ich składnikiem nie było mięso, raczej bułka i przyprawy, ale były cudowne.
Od lat staram się je " podrobić", moje sznycle też są " bułczane", ale nie takie dobre jak p. Emilii.
Nawet jej to powiedziałam zachodząc na miejscowy cmentarz, gdzie od lat odpoczywa po trudach ziemskiej wędrówki.

Koniec wspomnień na dziś, czas się zabrać po powrocie ze szkoły za prace ogrodowe, bo wiosna nie żartuje.

środa, 4 kwietnia 2018

Przeszłość bywa nierozerwalnie spleciona z teraźniejszością.



JESION z PODWÓRKA

Mógłbyś być moją ulubioną brzozą
wczesną wiosną otulać się drobną zielenią
mógłbyś też być miododajną lipą
zapraszać na ucztę całe roje pszczół
albo mógłbyś być złotolistnym bukiem
co chwyta złote promienie jesiennego słońca
nawet mógłbyś być ciągle zielonym świerkiem
otulonym białym puchem zimowych marzeń
a ty jesteś zwykłym jesionem
który opuszcza zbyt wcześnie liście
i nagimi konarami zagląda do okna
powinnam cię nie lubić
bo z siedemdziesięcioletnimi wspomnieniami
zaśmiecasz podwórko smutnymi liśćmi
a ja cię lubię
rozmawiam z tobą nocą i o poranku
gdy sen odpływa razem z tęsknotą
opowiadasz mi o swoim powojennym dzieciństwie
wspominając ciągle wujka Władka z sentymentem.


Wujek Władek jest dziś eleganckim panem z bardzo dużym bogactwem życiowych doświadczeń.
Lubię słuchać jego opowieści. Mimo bardzo dojrzałego wieku, zachował doskonałą pamięć i chętnie recytuje cały wiersz " był sobie dziad i baba...", wspomina stare dzieje, ale żyje też współczesnością, jest człowiekiem światłym i oczytanym.
To właśnie on, dawno, dawno temu, posadził obok domu swojego dzieciństwa, na podwórku, na którym znajduje się nasz dom, sadzonki jesionów.
Gdy już Wujek Władek posadził jesiony, wyjechał w świat by zdobyć wykształcenie i znaleźć pracę. Z moich rodzinnych stron ludzie masowo wyjeżdżali do budującej się Nowej Huty, bo kilkumorgowe gospodarstwa i drewniane chatki z dwiema izbami nie były w stanie pomieścić i wyżywić kilkorga dzieci.
Zatem pojechał Władek, poznał Kazię, pobrali się i zamieszkali w Nowej Hucie, a Władek podjął pracę w kombinacie.
Od wielu lat jest na emeryturze, Kazia nie żyje od ponad pięciu lat, ja każdego poranka budzę się z widokiem na " Władkowy" jesion i snuję wspomnienia bo odkąd sięgam pamięcią ta rodzinka z Huty systematycznie mnie odwiedzała.
Na dodatek w moje ręce wpadła czterotomowa saga autorstwa Edyty Świętek "Spacer Aleją Róż" traktująca o losach takich wiejskich migrantów osiadłych na mogilskich polach.
 Przeczytałam już " Cień burzowych chmur", " Łąki kwitnące purpurą", czytam " Drzewa szumiące nadzieją", a przede mną: "Szarość miejskich mgieł".
Saga jest niezwykle zajmująca, a ja już wiem o co jeszcze muszę zapytać Wujka Władka...w związku z budową Nowej Huty.
Tymczasem do mojej wioski zawitała nieśmiało wiosna:-)
Oto jej pierwsze tchnienia:
I takiej wiosennej radości Wam życzę:-)



sobota, 31 marca 2018

"Raduj się, ziemio, opromieniona tak niezmiernym blaskiem..."


Odeszły straże, została biała chusta i biało- czerwone kwiaty...
Chrystus Zmartwychwstał, a z pustego Grobu wychodzi Miłość mocniejsza niż śmierć.
Kolejny raz dane mi było przeżyć Triduum Paschalne. Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem tajemnicę Wielkiego Czwartku, Piątku i Soboty. Tym bardziej odczuwam radość Wielkanocnego Poranka.
W tym roku Grób Pański łączył Golgotę ze stuleciem odzyskania niepodległości przez Polskę. Wymowny, piękny, bliski sercu jak Biało- Czerwona.
Powodów do radości było wiele. Wszak strażacy pełniący wartę w galowych mundurach, to wszyscy Absolwenci naszego Gimnazjum, młodzi, przystojni, mądrzy.
I kolejny raz sztandar naszego Gimnazjum z wizerunkiem Sł. Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego był niesiony przez naszych Uczniów w procesji rezurekcyjnej.
To nic, że padał deszcz, nagie jeszcze konary bardzo starych dębów lśniły pięknie kroplami deszczu mieszającego się z melodią pieśni na Zmartwychwstanie.
Kolejna moja radość wynikała z faktu, że w moim rodzinnym kościele, który kochałam od zawsze zawisł mój obraz Chrystusa Ubiczowanego, namalowany w Wielkim Poście.
Nigdy wcześniej nie śmiałam nawet marzyć o takiej chwili...








Na dźwięk rezurekcyjnych dzwonów, bijących długo, bo trzykrotne okrążenie kościoła przy dużej liczbie uczestników zajmuje sporo czasu, odżyły moje bolesne wspomnienia.
Moja Mama w ostatnich latach swojego życia lękała się by jej pogrzeb nie wypadł w Wielki Piątek, wtedy nie sprawuje się ofiary Mszy św. i milczą dzwony.
Mama była bardzo religijna, czerpała siły z modlitwy i odeszła do wieczności w największe święto- Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. To była nagroda za wieloletnie cierpienia i niełatwe życie.
Mija trzy lata od Jej śmierci, a mnie Wielkanoc zawsze będzie się kojarzyć z tym smutnym doświadczeniem.
A przecież to dzień radości, więc odnalazłam zdjęcie Mamy z jakiegoś wesela z tzw. "drużbą z przydziału"- wtedy jeszcze nie znała mojego Taty.
Tak się ubierały druhny na weselne przyjęcia.





Tradycją mojego domu są wielkanocne grzybki, robione niezmiennie z przepisu Joli, uczennicy sprzed lat ze Szkoły Podstawowej im. Stefanii Łąckiej w Gorzycach.
Pośród tych wielkanocnych rozmyślań i radości znajdzie się też miejsce na podziękowania za życzenia, które nadesłały:
Krysia B, Basia M. Agaja, Wanda-Leptir, Ewa B, Iwona, Aldi, Janeczka i Lucynka U.



Iwonka nadesłała też pocztówki z pracami jednego z moich ulubionych malarzy-
V. Hofmana.
A jak ona pięknie pisze, może uda mi się ją namówić na założenie bloga.
Jej relacje z podróży i jej wiedza to prawdziwy rarytas w dzisiejszym zabieganym świecie.












Bardzo dziękuję za wszystkie życzenia.
Pozostając w świątecznym klimacie radości, w oczekiwaniu na gości prezentuję zajączka kaktusowego, który przez sześć lat pobytu u mnie ( dostałam go od miłej Osoby) rozrósł się mocno!
Patrząc na dzisiejsze " święcone" wspominam swoje dziecięce wędrówki do domu, do którego przyjeżdżał ksiądz święcić pokarmy, wszak nikt nie miał samochodu, a do kościoła było daleko.
I dziękuję Bogu za to, że dożyłam chwili gdy moje Wnuki Natalia i Konradek chodzą ze święconym w Wielką Sobotę.
Niech Wasza radość w rodzinnym gronie będzie pełna:-) Dla miłośników poezji ten oto wiersz:
Nie pamiętam, czy go już prezentowałam na blogu, ale jeśli nawet, to zawsze warto przypomnieć...

 Poranek Wielkanocny
Już świt.
cisza …
śpią spokojnie wrogowie
ukrzyżowanej Miłości
umilkły ptaki
które poraziła nienawiść
i tylko różowe niebo
zna tajemnicę radości
pierwsze promienie rozświetlają drogę
Marii szukającej Pana
anioł przysiadł na kamieniu,
który już nie będzie ranił
i ogłasza przechodzącym
cud poranka
cisza trwa
by nie zagłuszyć
stąpającej wśród nas Miłości
już świt
i grób wypełniony radością,
że każdy kamień można odsunąć.