Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2025

Jaki może być wrzesień?

To już dziewiąta opowieść z tego cyklu obejmująca fotografie z ostatnich kilkunastu lat i całkiem nowe refleksje układane w formie haiku.
Wrzesień zawsze kojarzy mi się z powrotem do szkoły, najpierw jako uczennicy w dederonowym, granatowym fartuszku z białym kołnierzykiem, a potem jako nauczycielki i dyrektora, a jeszcze później jako babci przeżywającej mocno początki edukacji Wnucząt. 
Pierwszego września, 70 lat temu w małżeńskie progi wkroczyli moi Rodzice.
Niestety, nie było im dane dożyć złotych godów, a ja z perspektywy czasu, dziękuję za każdy rok ich życia bo dzięki nim jestem na świecie już 64 lata.
We wrześniu swoje urodziny obchodzi mój najmłodszy Wnuk Tomasz.
Ale wrześniowy czas to też smutne każdego roku rocznice śmierci mojego kochanego Taty.
Kocham ten przełom lata i jesieni, dlatego wybrałam te oto zdjęcia, w których zamykam również moje myśli...
ROK 2013
Jeszcze żyje dom
powraca we wspomnieniach
pamięć jest święta.

ROK 2014
Krzyż z przeszłości
kolejny raz ocala
zostanie ze mną.

ROK 2015
Patrzę przez okno
czerwona jarzębina
wiruje w słońcu.


ROK 2016
Daliowe pole 
rozbłysło kolorami
raduje serce.
ROK 2017
Obfitość darów
wypełnia wielkie kosze
las cicho śpiewa.
ROK 2018
Jesienny trójkąt
rozdaje łamigłówki
wytężam umysł.

Rok 2019
Lecą wysoko
ale ja słyszę ich głosy
żal pożegnania.
ROK 2020
Snuję wspomnienia
chłodnym porankiem chwytam
to co najlepsze.

ROK 2021
Widok dzieciństwa
powraca mój dawny świat
kwitną kosmosy.

ROK 2022
W leśnym źródełku
bije serce nadziei
ceruje rany.

ROK 2023
Jaśnieje wrotycz
pachnie latem i troską
zatrzymuję się.

ROK 2024
Uciekło życie
a kiedyś było gwarno
istota prawdy.

ROK 2025
Zapada wieczór
dotykam płatków kwiatu
znów jest mi dane.

I tym kwiatowym wrześniem żegnam się z Wami do następnego napisania...


sobota, 11 lutego 2023

Powoli będziemy żegnać zimę...

Choć ma dużo uroku ( zima) to jednak zdecydowana większość ludzi wypatruje wiosny, a ja przypominam, że istnieje jeszcze przedwiośnie.

Zimowy pejzaż wraz ze wspomnieniami musi się wpisać w lutowy post, a potem będzie już coraz bardziej kolorowo:-)
Mój obraz przywołał we wspomnieniach Babcię, która wszędzie szła pieszo, a od nas jak już wiecie, wszędzie było daleko.
Dwie najczęstsze trasy wędrówek, które zapisały się mocno w mojej dziecięcej pamięci to droga do kościoła, 5 km w jedną stronę oraz droga do wiejskiego sklepiku, ok 1,5 km.
Na oba powroty Babci oczekiwałam równie mocno.

Po powrocie z niedzielnej mszy św. Babcia przynosiła rulon gazet ( niektóre były bardzo " przeterminowane"), na którym było napisane " Kwapniowo 7" tzn. że były już przygotowane dla konkretnej osoby i podana była należność. W ten sposób kościelny dorabiał parę groszy, a ludzie z obrzeży parafii mogli się coś dowiedzieć " ze świata".
Z niecierpliwością rozwijałam rulon i zasiadałam do czytania, pomimo, że w małej izdebce było jeszcze zimno, bo babcia dopiero rozpalała w piecu kuchenno- grzewczym, wapnem bielonym jak reszta ścian, po powrocie z kościoła.
Jeśli trafiła się "Przyjaciółka" byłam szczęśliwa. Gazeta była dużego formatu, biało- czarna, a kolorowa niby okładka z cienkiego papieru była naprawdę w stonowanych barwach.
Ileż tam było czytania, przepadałam więc na długo w " przyjaciółkowych " informacjach.
Rozczarowana byłam tylko wówczas, gdy zdarzyło się, że jakaś z gazet była już u Babci w zeszłym tygodniu:-)


Druga z wędrówek prowadziła do wiejskiego sklepu.
Szło się wąską ścieżką wśród pól, potem przez mały lasek i wychodziło się na " główną" drogę, piaszczystą i wyboistą.
Tam zaczynały się domy i po minięciu kilku z nich był drewniany dom p. Wichty (Wiktorii), która wydzierżawiała jedną izbę na sklep. Przez pewien okres czasu moja Mama pełniła tam funkcję sprzedawczyni, ale potem przeniosła się do Olesna i do końca pracy zawodowej była kierowniczką Wiejskiego Domu Towarowego, gdzie mogła choć w pewnym stopniu realizować swoje matematyczne zdolności przy sporządzaniu zamówień, podliczaniu utargów i systematycznym prowadzeniu kasy, obniżkach cen i remanentach.

Ale wróćmy do sklepu. Taki wiejski sklepik, gdzie można było nabyć nie tylko artykuły spożywcze, ale również gospodarczo- przemysłowe miał swój klimat. Małe pomieszczenie wypełnione po brzegi różnymi " skarbami" przegrodzone było " ladą", która stanowiła granicę między kupującymi a sprzedawcą, a od strony sprzedawcy była szuflada zamykane na kluczyk, w której mieścił się dzienny utarg. Podłoga świeciła wyszorowanymi deskami, panował ład i porządek.
Zimą, gdy rola odpoczywała, mieszkańcy wioski często zaglądali do sklepiku, nawet po zapałki, by się spotkać, porozmawiać, czegoś nowego dowiedzieć. Wiadomo było kto ma grypę, a kto zaniemógł poważniej, komu urodziło się dziecko, a komu padło bydło. 
Latem, gdy mieszkańcy wioski szli w pole, sklep był otwierany dwa razy dnia, w godzinach takich, żeby mogli spokojnie dokonać zakupów.
Babcia delikatnie przecierała wilgotną szmatką zebrane z gniazd jajka, by je sprzedać i za to kupić podstawowe produkty.
Wśród nich było 10 dkg orzechowych cukierków, które były przepyszne i którymi babcia nas skromnie obdzielała. 
Nic dziwnego, że stałam na ścieżce i wypatrywałam czy Babcia już wraca.
Takiego cukierka rozgniatałam i robiłam miazgę orzechowo- cukierkową, która smakowała wybornie:-)
W sąsiedniej wiosce jest jeszcze taki sklepik w remizie strażackiej, w którym sympatyczna p. Ania obsługuje klientów i ja czasami zabieram tam Wnuki w drodze na okoliczne place zabaw.
Niech zobaczą coś, co niebawem zniknie całkowicie z polskiego krajobrazu.
Wystarczy tych opowieści, bo obowiązki wzywają.
Życzę Wam miłego weekendu i kolejnego tygodnia oczekiwania na przedwiośnie.
Amarylki i hiacynty, które okrasiły moje wspomnienia pochodzą z mojej kolekcji i są pierwszymi, które zakwitły tego roku, ale to nie jest koniec, na pozostałe musimy poczekać.



czwartek, 3 grudnia 2020

Nie mogę pozbierać myśli...

To przyszło tak niespodziewanie, że nie mogę zebrać myśli, więc  posłużę się tekstem mojego syna, Kamila po reakcji na wieść o śmierci naszego Przyjaciela, który słowo "przyjaźń" realizował w najpiękniejszych barwach.

„Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Kto z nas nie słyszał tego cytatu? Jak mało który przypomina nam o tak łatwej utracie człowieka. Wszyscy o tym wiemy, a jednak nie zdajemy sobie sprawy, jak szybko i niespodziewanie może nas to spotkać. W tych trudnych czasach należy szczególnie cenić życie ludzkie jako najwyższą wartość. Nie wolno odkładać na później kontaktu z bliską osobą. Po raz kolejny przekonałem się o kruchości i ulotności spraw doczesnych.

Dzisiaj odszedł od nas Ksiądz Jan. Wieloletni proboszcz parafii p.w. Św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Oleśnie. Trudno napisać krótko i zwięźle o Jego osobie, szczególnie w chwilę po otrzymaniu tragicznej wiadomości. Ja zapamiętam księdza Jana jako Człowieka zawsze życzliwego, uśmiechniętego i gotowego do niesienia pomocy każdemu. Trudno było znaleźć u Niego jakąkolwiek słabość, a przecież każdy z nas ma  słabe strony. Od Księdza Jana wszyscy mogliśmy się uczyć pokory, skromności i wytrwałości w dążeniu do postawionych celów. Dzięki Niemu świątynia, o której wspomniałem na nowo mogła ukazać swój blask i piękno. Wszystko dzięki Jego staraniom. Mogę  śmiało powiedzieć, że nie traciłem nadziei i liczyłem na szybki powrót naszego Przyjaciela do zdrowia. Niestety musiało stać się inaczej. W dalszym ciągu jednak mam nadzieję, że wspólne spotkanie stanie się kiedyś faktem.

Jestem szczęśliwy, że znałem wiele lat Człowieka takiego formatu. Prawdziwego Przyjaciela."

Jutro dzień św. Barbary, przychodzą już życzenia, wybaczcie, dziś ich nie zaprezentuję mimo, że jestem za nie bardzo wdzięczna, ale smutek przepełnia dziś moje serce, nie potrafię się cieszyć...
Mieliśmy Przyjaciela, sprawdzonego 19 letnią przyjaźnią, Człowieka, który dla innych gotów był poświęcić swoje zdrowie, czas, pieniądze, wszystko, co miał. Kapłan, proboszcz parafii, odpowiedzialny za każdego spotkanego na swej drodze człowieka i realizujący każdego dnia swoim życiem Chrystusowe nauczanie. Skromny, nie sięgał po zaszczyty, pomagał biednym, opiekował się chorymi, głęboko przeżywał wszelką biedę, która dotykała w różny sposób parafian. Nigdy nie wyjeżdżał, zawsze był w pobliżu świątyni, którą uczynił piękną w każdym jej detalu.
Z różańcem w ręku, w konfesjonale wczesnym rankiem, szczęśliwy, gdy kolejne nabożeństwa gromadziły dużą liczbę wiernych. Wydawało nam się, że zawsze tak będzie, że wystarczy zadzwonić i poprosić o pomoc, a ona zaraz nadejdzie. Każdy myślał, że Ksiądz Jan jest niezniszczalny...
Służył nieustannie, aż do czasu choroby, covid, a później jego następstwa męczyły Go bezlitośnie przez 5 tygodni, Ksiądz przegrał walkę...
Mamy poukładane sprawy doczesności i wieczności w swoich umysłach, ale serca krwawią, wszak sam Jezus płakał nad śmiercią Łazarza.

Ksiądz Jan Twardowski miał całkowitą rację, spieszmy się, nie jutro, nie za tydzień, ale dziś...
Jutra, tu na ziemi, może nie być...
Moja rodzina miała wielkie szczęście doświadczyć najprawdziwszej przyjaźni, nie każdemu jest to dane.
Wierzymy, że Ksiądz Jan jest już w lepszym świecie, tam, gdzie nie ma cierpienia, ale tęsknota za dobrem pozostaje w sercach żyjących na zawsze.