poniedziałek, 24 czerwca 2019

Święte obrazy z zalipiańskich chatek.

Letni czas sprzyja wyjazdom, więc postaram się Was zachęcić do odwiedzenia " malowanej wsi".
Każdego roku, w czerwcu odbywa się finał konkursu " Malowana chata", a teraz zbiegł się on z otwarciem odnowionej zagrody Felicji Curyłowej, prekursorki kolorowego zdobienia wszystkiego, co otaczało niegdyś człowieka. Jej zagroda jest dziś muzeum niezwykłym, a dodatkowo została wzbogacona o dwie chatki przeniesione z innych miejsc, jedną krytą strzechą, drugą wybornie pomalowaną przez nieżyjącą ludową artystkę- Stefanię Łączyńską. Stodoła zaś ma fragmenty wiklinowych ścian, a " komory" zagrody kryją stare sprzęty używane niegdyś w codziennych, gospodarskich pracach.
Zapewne nie każdy z moich Czytelników widział słomiane pokrycie dachu- chyba, że w skansenach:-)
Wspomniana stodoła. Kiedyś deski były niedostępne dla biednych ludzi.
Pobielone wapnem ściany chętnie przyjmowały kolorowe bukiety.
Ta zagroda to prawdziwy malowany skansen- jedyny i niepowtarzalny.
Mam mnóstwo zdjęć, ale dzisiejszym postem chcę nawiązać do mojego poprzedniego, który traktował o starych obrazach.
Zalipiański skansen pokazuje nam jak pięknie prości ludzie, zapracowani i biedni, zdobili swoje mieszkania, by cieszyć się ogrodami, których w rzeczywistości mieć nie mogli.
Potrzeba piękna jest tak silna, że wyzwala w człowieku wielkie możliwości twórcze.
Sami zobaczcie najstarsze, małe- wielkie dzieła zrodzone w sercu i umyśle, a spracowanymi dłońmi przeniesione na ściany ubogich chatek i na święte obrazy, które często zastępowały słowo pisane przemawiając różnorodnością scen i wizerunków.
Proszę zwrócić uwagę na ramy, wykonywane samodzielnie przez gospodarzy, zbijane z czterech listewek, a potem starannie ozdabiane. Powyżej scena zaśnięcia NMP, a poniżej MB Bolesna.
Obrazy, które w innych miejscowościach wisiały bez dodatkowych zdobień, w Zalipiu zyskiwały kwiaty na szkle malowane.
Scena ukoronowania NMP na królową nieba i ziemi znalazła się pomiędzy innymi obrazami. To bardzo stare wyobrażenie z Bogiem Ojcem i licznymi Świętymi.
Pan Jezus złożony do grobu w asyście aniołów.
Patron rzeczy zagubionych, św. Antoni Padewski na modlitwie.
W każdym domu był domowy ołtarzyk, przed którym cała rodzina odmawiała modlitwy. Duże odległości do kościoła i brak środków lokomocji ograniczały możliwość wyjścia do kościoła do dni świątecznych. W dni powszednie klękano właśnie przed domowym ołtarzykiem, o który dbano w każdym domu.

Wszystkie ściany były wypełnione obrazami. Zakrywały one też nierówności bo w chłopskich domach nie było tynków.
Miejscem szczególnym był piec, duży, chlebowy służący do pieczenia chleba, gotowania potraw, przechowywania ich w cieple zanim domownicy wrócą z pola, a zimą do ogrzewania domu. Z tyłu pieca bywało legowisko do spania dla babci lub dziadka ( najcieplejsze miejsce w chacie).
Proszę zwrócić uwagę na " packi"- białe plamy wykonane pędzlem na ciemnej zakopconej części pieca- to były pierwsze " kwiaty".
Chlubą każdej gospodyni były grube poduchy napełnione prawdziwym pierzem z własnych gęsi.
W każdym domu obowiązkowo Anioł Stróż strzegł licznego potomstwa, mnie zaintrygowało to odmienne ujęcie.
Ciekawym sposobem tworzenia własnego obrazu było wyklejanie obrazkami kolędowymi lub odpustowymi.
Na kawałkach tektury lub deskach malowano symbole religijne.
Ludowe artystki wyklejały piękne obrazy patriotyczne z dostępnych materiałów.
Sztuka przenoszenia domów drewnianych jest trudną umiejętnością, ale jeden z pracowników muzeum etnograficznego opracował metodę przenoszenia fragmentów malatury, które stanowią dziś artystyczną wartość.
Każdy obrazek otoczony był malowidłem ściennym.
W ten sposób zdobiono też rodzinne pamiątki i fotografie.
Moja fascynacja tymi pamiątkami trwa niezmiennie i dlatego staram się Was zachęcić do odwiedzenia tego wyjątkowego muzeum.
Pod drewnianą ścianą obowiązkowo zakwitły malwy.
Tym kolorowym postem żegnam się z Wami śląc serdeczne pozdrowienia.


czwartek, 20 czerwca 2019

Pan Jezus ze starego domu.

Nad dwoma drewnianymi łóżkami wymoszczonymi siennikami ze słomą, w wiejskich chatach, na pomalowanych wapnem,  zbudowanych z drewnianych bali, ścianach, wisiały dwa obrazy:
Serca Jezusowego i Serca Maryi.
Tak też było w naszym domu pobudowanym ręką dziadka Józefa, który pomarł dziewięć lat przed moimi narodzinami ( w naszych stronach używano zwrotów: pobudował, pomarł, zamiennie ze zwrotami: zbudował, zmarł...)
Te dwa obrazy, duże oleodruki za szkłem, oprawione w drewnianą ramę wisiały nad naszymi łóżkami od zawsze.
Mała Basia chłonęła z wielkim zainteresowaniem każdy ich szczegół, ale jej wzrok przykuwała szczególnie ręka P. Jezusa uniesiona w geście błogosławieństwa, który Basia odbierała jako napomnienie by zawsze być grzeczną. Może dlatego, iż myślałam, że P. Jezus mi grozi, byłam taka grzeczna. Rodzice twierdzili, że idąc w pole położone blisko domu nie obawiali się o mnie, nie musieli zabezpieczać lekarstw, zapałek itp. ponieważ wiedziałam, czego ruszyć mi nie wolno.
Nic dziwnego, że P. Jezus mi błogosławił, a ja myślałam, że grozi mi tak " na zapas".
Do dziś zachował się fragment starego domu, a na jego ścianie nadal wiszą dwa zniszczone upływem czasu oleodruki.
Basia też nie jest tą Basią, bo czas i życie odcisnęło swe piętno- jak to w życiu bywa.
Bardzo, bardzo dojrzała Basia postanowiła, że w czerwcu- miesiącu poświęconym Jezusowemu Sercu namaluje obraz, który tak mocno zakorzenił się w sercu Basi.
Oto i efekt moich sentymentalnych podróży w czasie.
Gdy obraz Jezusa został ukończony, postanowiłam, że namaluję też obraz Serca Maryi, ale to w przyszłości, a teraz w dzień Bożego Ciała moje myśli kieruję do Jezusa z mojej wioski, który na rozstaju dróg błogosławi naszym dniom.
Przydrożna kapliczka

Z przydrożnej kapliczki
Chrystus spoglądał łaskawie
i dłonią swą błogosławił
wychodzących w pole
pośród róż i jaśminów
zamyślony czekał
gdy będą wracać
utrudzeni pracą na roli
a gdy wracali o zachodzie słońca
znów im błogosławił
za to że ziemię ukochali
i że przed Nim czapki zdejmują
i że dzieci do Niego prowadzą małe
wieczorem ptaszęta przygarniał
co się o nic nie troszczą,
tylko Jemu hołd wyśpiewują.
rankiem znów będzie czekał na ciebie
jeśli tylko zechcesz Go zauważyć.

Zachodzę do Niego często. Mówię Mu o wszystkim, nie wstydzę się i nic nie ukrywam, bo to mój najwierniejszy Przyjaciel...
A na Boże Ciało przygotowałam dla mojej Wnusi płatki róż...
Kiedyś mała Basia też sypała kwiatki...

czwartek, 13 czerwca 2019

Zapraszam na spacer po " moich" łąkach.


Łąkowe pytania.

Które łąki kocham najmocniej?
ciągle sobie zdaję to pytanie
może te złociste na wiosnę
utkane z żółtego mleczu i słońca
a może te ulotne z dmuchawcami
szybującymi do niebios szczęścia
nie wiem czy nie piękniejsze rumiankowe
zasypane bielą płatków nieśniegowych
a przecież makowe mienią się miłości czerwienią
a bławatkowe ciągle odbijają niebo
i firletkowe różowe przebijają się nad trawy
………………………………………………………………..
brodzę w ich bezpiecznej przystani
w każdej z moich pięciu pór roku
tam znajduję bezkres wolności
poszukując odpowiedzi na pytania
szumią trawy i wdzięczą się kwiaty
a kiedy lato spływa gromadą świerszczy
pojmuję sercem
te zielne- polskie są najbardziej moje…


Gdyby nie ogromne ilości komarów i kleszczy to spacer takimi łąkami byłby prawdziwą sielanką.
Ale...zawsze musi być jakieś ale!
Chmary wygłodniałych popowodziowych komarów nie dają nam wyjść z domu.
Preparaty dostępne w sprzedaży co najwyżej je rozśmieszają:-)
Ogród zarasta chwastem, bo niestety przegrywam kolejne potyczki z komarami.
Wszystkie " świetne i sprawdzone" sposoby nie skutkują.
Dlatego zapraszam Was na wirtualny spacer.
Jeśli nie macie tabunów komarów w swojej okolicy to jest to naprawdę powód do ogromnej radości.
Serdecznie pozdrawiam- " uciekinierka".

niedziela, 9 czerwca 2019

Biały post na Zielone Świątki.

Zrywam liście liliowców
choć powinnam poszukać tataraku
kobiety z mojego rodu zrywały liliowce
rozrzucały zielone szablowate liście
obok furtek i bramek
tak musiało być na Zielone Świątki
niech więc będzie i dzisiaj
gdy wyruszę na odporyszowski odpust
szablowate liście liliowców
będą strzec moich wspomnień
by żaden okruszek nie zginął
w gąszczu nowoczesności i pragmatyzmu.

Zapewne jestem ostatnią z tych, dla których tradycja i poszanowanie zwyczajów przodków było tak bardzo ważne. Nie wiem, czy jest choćby drugi dom w mojej wiosce, przed którym ścieliłyby się dziś gałązki liliowców ku czci Ducha Świętego- wszak dziś Jego święto.
A moja Babcia tak właśnie czyniła i Mama też, więc w sobotni wieczór, w wigilię Zesłania Ducha Świętego i ja tak czynię.
Gałązki liliowca pozbieram dopiero w poniedziałek.
Dzień Zesłania Ducha Świętego w mojej pamięci nieodmiennie kojarzy się z odpustem obchodzonym w tym dniu w Sanktuarium w Odporyszowie.
Odkąd sięgam pamięcią bywałam tam z rodzicami, później sama, potem z moimi dziećmi, a gdy Wnuki podrosną zapewne i one tam pojadą.
Drugi dzień odpustu, poniedziałek poświęcony Matce Kościoła kończył się zawsze błogosławieństwem dzieci na placu przed cudowną studzienką w pobliskim lasku.
Wg tradycji w tym miejscu ze źródełka wytrysnęła woda, która uratowała życie oblężonym mieszkańcom Odporyszowa.
Spragnieni szwedzcy najeźdźcy ponieśli śmierć ( pomarli), a na upamiętnienie tego zdarzenia pobliska wioska została nazwana Morzychną.
O Odporyszowie pisałam wielokrotnie na moim blogu, a dziś kolejny raz zachęcam do odwiedzenia tego wyjątkowego miejsca.
Inne miejsce godne zwiedzenia to lasek Siedmiu Boleści z siedmioma kapliczkami i krzyżem.
Las w tym roku tonął w kwiatach akacji, zapach których unosił się w całej okolicy, chyba nigdy nie widziałam więcej akacji kwitnących w jednym skupisku- cudo.
Warto tam zobaczyć rzeźby genialnego samouka- rzeźbiarza i prekursora lotnictwa- Jana Wnęka, którego postać przypomina pomnik przed miejscową szkołą.
 Tam wszystko ze sobą współgra...
Sam kościół- Sanktuarium z Cudownym Obrazem jest przepiękny, stale otwarty dla zwiedzających i poszukujących modlitewnej ciszy.
Spacerując po " moim wale" na Żabnicy, snuję wspomnienia o odpustowych pierścionkach kupowanych mi przez Tatę na każdym odpuście. Każdy z nich miał piękne oczko, a bez względu na jego barwę, zawsze odbijała się w nich ojcowska miłość.
Ileż ja miałam wówczas radości...
Kupiłam dziś pierścionek dla mojej Wnusi- dwuipółletniej Natuni, ale niestety nawet pierścionki są inne - nie znalazłam choćby podobnego do tych z moich czasów.
Żabnica dawno wstąpiła do małego koryta, stała się grzeczną rzeczką ( do następnej ulewy), na zalanym uprzednio terenie zakwitły dzikie róże i tylko nieprzebrane stada wygłodniałych komarów są "pamiątką" po niedawnej powodzi.
We wspomnienia szczęśliwych lat dzieciństwa wplatam białe róże i białe piwonie życząc wszystkim, a szczególnie tym, którzy w czerwcowe dni obchodzą swoje urodziny, imieniny, czy inne ważne rocznice, by każdy dzień przynosił dobre, szczęśliwe chwile.
Niebawem koniec roku szkolnego, może będę mieć odrobinkę wolnego czasu by systematycznie odwiedzać Wasze blogi.
I napisać prawdziwy list do Iwony, która obdarowała mnie kolejną porcją pięknie pisanego słowa.
Bardzo Ci dziękuję Iwonko i proszę o cierpliwość.